Salmo Klub

Wyjazd, którego nie było.

Napisany przez 27 października, 2020 Brak Komentarzy

Wcale nie jest prawdą, że tradycyjnie w tym roku udaliśmy się w Bory Tucholskie aby po raz 30-ty spotkać się nad majestatyczną Wdą. Muszę też zadać kłam tym pomówieniem, iż w naszej wspólnej eskapadzie udział wzięło aż 20 osób, bo przecież stanowiło by to złamanie wszelkich mądrych przepisów dotyczących zwalczania „czegośtam”… Ale i zdementować plotki, iż w wyjeździe udział wzięli wędkarze z Białegostoku, Czarnej Białostockiej, Giżycka (wszyscy Salmo Club w Białymstoku) oraz gościnnie jednostki płci obojga z Bytowa i Wejherowa. Nawet się mi to zgrabne kłamstewko zrymowało! Brnąc dalej w te godne ubolewania oszustwa…Nawet Wy Czytelnicy nie uwierzycie przecież, że wśród nas były cztery bohaterskie Panie i 16-tu, a jakże „dżentelmenów”. Organizator od wielu tygodni robił przecież wszystko by opędzić się od natrętnych potencjalnych uczestników, sprytnie mylił tropy, rozsyłał „fake newsy” i siał ogólny zamęt i ferment. Udało się! Tak jak już ustaliliśmy, nikt nie pojechał!

Nic nie łowiliśmy, bo przecież na Wdzie nie ma ryb. O czym donieśli nam uprzejmie zaprzyjaźnieni i życzliwi wędkarze z tych okolic. Zwłaszcza nie ma lipieni. I to takich miarowych, do 40-tu centymetrów. Zresztą jaki idiota by łowił na rzece w której nie ma ryb, nie będą przy okazji nad nią?

Ciężkie do zrealizowania. Nawet dla takich bohaterskich jednostek jak my. Lipienie zapewne chętnie by wychodziły do suchej muchy, zwłaszcza te miarowe. Ale jak wspomniałem nie ma ich we Wdzie. A, że i nas oczywiście nad nią nie było, więc są to czyste domysły i spekulacje. Mniejsze ryby, takie do 30-tu centymetrów pewnie by brały na nimfę. Gdyby w wodzie były i gdybyśmy my tam byli. W środkowym biegu Wdy, poniżej miejscowości Czarne, kilku naszych Kolegów pewnie by znakomicie połowiło na mokrą muchę… W górnym biegu piękna polska jesień zasypała by wodę złotymi liśćmi, ale te przecież też nie urosły na nadbrzeżnych olchach. Których też nie było. Może bobry je zeżarły…?

Jak każdego roku także warto by było napisać o naszych dokonaniach towarzyskich. Ale jak można spotkać się wieczorem razem skoro nie można? Przecież jako odpowiedzialne jednostki w życiu byśmy tak nieodpowiedzialnie nie postępowali! Tak więc wieczornych spotkań przy tatarze, flakach, smakowitych korycińskich serach, wędlinkach, czy (ahtung, ahtung!!!) risotto z raków a’la Saperski wcale nie było. I niech stanie się to naszą jakże chętnie kontynuowaną tradycją… Jednemu z nas z braku raków nawet spuchły oczy. Których nie ma…. To znaczy może i ma ale jak mu spuchły, to ich chyba nie było widać.

Nikt zupełnie nie słuchał muzyki. W pustych pokojach ośrodka „Mleczarz” hulał wiatr wyjąc tęsknie za swoimi ulubionymi gośćmi z Podlasia i „akalic”. Nikt nie tańczył, nikt nie zaliczył spektakularnego zakończenia imprezy przed czasem. Bo jak zakończyć coś, co się nawet nie zaczęło…

Szczęśliwie wszyscy powrócili do domów, których przecież nie opuszczali. Dlatego było im łatwiej i przyjemniej. Bo po co gdzieś wychodzić, jakieś ryby łowić, spotykać się ze znajomymi? Przecież można zaliczyć wszystkie te przyjemności „online” albo przy grochówce z rodziną. I tylko przemiły Właściciel naszej corocznej bazy zachodził w głowę skąd wzięło się tyle pustych flaszek po wodzie „wszelkiej mądrości”, skoro nikogo tam przez 3 dni nie było? Pewnie się tam teleportowały… Czego i Wam w przyszłym roku pod koniec października życzę.

Aha, zdjęcia towarzyszące temu artykułowi nie są prawdziwe. To zręczna kompilacja fotek wyciętych nożyczkami z ilustrowanej prasy wędkarskiej (głównie „Wiadomości Wędkarskie” z lat 80-tych bo wtedy to były ryby, a teraz ich nie ma) i wytworów Waszej chorej (wiadomo na co) wyobraźni.

Przemek Lisowski

Zostaw odpowiedź