Start Start

Mogę cię złowić nawet na polu ryżowym

Jako mieszkaniec krajowego bieguna zimna, zawsze zazdrościłem wędkarzom muchowym z południa Polski. Bo zanim u nas na Podlasiu zejdą lody (a jak pokazał ten sezon może się to optymistycznie przytrafić i w kwietniu ;-)), to u nich sezon pstrągowy jest już w pełni. Kiedy my zaczynamy młócić nasze rzeki streamerem, oni łowią już sobie subtelnie na suchą i mokrą muszkę. Wreszcie gdy wydaje się, iż już zaraz, za chwileczkę i nam się taka radość przytrafi, nasze rzeki zamieniają się w ... pola ryżowe. Trzcina, grążele, moczarka i wszelkiej maści inne zielone „paskudztwo” bujnie wystrzela z dna rzek i strumieni płynących przez nizinne tereny na północy kraju.

 

Pół biedy jeśli na naszej rzeczce znajdziemy jakiś, najkrótszy nawet odcinek leśny. Tam zwykle szybsze prąd wody i zacienienie powodują, iż jak mawiają na Podlasiu „habaź” nie rośnie tak bujnie. Ale nie zawsze będzie nam to dane. A nawet jeśli takie fragmenty rzeki czy strumienia są, to zwykle poddane są największej presji wędkarskiej. Bo polski wędkarz muchowy jest zwykle istotą leniwą i raczej podświadomie wybiera do wędkowania miejsca „lekkie, łatwe i przyjemne”, nie zaś tytułowe pola ryżowe – czytaj: łąkowe odcinki cieków pstrągowych. I wcale nie zamierzam wyprowadzać ich tym tekstem z błędu. Panowie, obławiajcie sobie nawet setny raz tego dnia podmycie pod zwalonym drzewem, czy rynnę pod korzeniami nadbrzeżnych krzaków. Na zdrowie. Ja wiem, że to takie miłe i takie „pstrągowe”. Woda wesoło omywa nasze najnowsze „Simmsy”, słońce nie pali w „czachę”, a my setny już raz bezskutecznie lokujemy naszą muchę w obłowionej już wcześniej przez tuzin wędkarzy miejscówce. Nawet jeśli w miejscu takim ostał się jakiś pstrąg, to ilość sztucznych przynęt, którą dziennie ryba jest zmuszona oglądać, powoduje u niej odruch wymiotny na widok kolejnej, najpiękniejszej nawet sztucznej muchy.

Nie trzeba być Seneką muszkarstwa, aby znaleźć związek przyczynowo skutkowy pomiędzy ilością ryb w danym miejscu a jego dostępnością. Czym trudniej do danego miejsca wędkarzowi dotrzeć, tym większa szansa że coś się jeszcze w niej uchowało. Zwłaszcza, iż przypominam, że mamy do czynienia z mocno zaawansowanym sezonem, bo za taki należy uznać lipiec i sierpień. A właśnie chyba najlepiej „bronionymi” przed wędkarzami odcinkami rzek we wspomnianym okresie są odcinki łąkowe. Co powoduje, iż łowienie „potokowców” w pozornie chyba najbardziej „nie pstrągowym” otoczeniu może nam przynieść tak rewelacyjne wyniki? Jest wiele przyczyn dla których „mroczny obiekt naszego pożądania” zajmuje stanowiska na odcinkach rzek, gdzie mniej doświadczony muszkarz spodziewałby się raczej klenia lub jazia, lub co najwyżej szczupaka, a nie kropkowanego władcy bystrych górskich potoków. Wbrew pozorom woda na fragmentach łąkowych nie koniecznie, pomimo niewielkiego uciągu, musi być cieplejsza niż w górskim strumieniu. Najczęściej ciek w którym bytują pstrągi posiada dość liczne źródliska, które bardzo pozytywnie wpływają na termikę wody. Pamiętam masowe śnięcia ryb na Sanie spowodowane utrzymującymi się wysokimi temperaturami powietrza, podczas gdy łąkowe rzeki północnej Polski znakomicie sobie w tym samym czasie z tym problemem poradziły!

Jak zimna potrafi być woda w takich małych rzeczkach, niech świadczy przygoda moich Kolegów sprzed wielu, wielu lat. Łowiliśmy wówczas pstrągi w dorzeczu Błędzianki w Puszczy Rominckiej. Był sierpień, a pogoda zachęcała w dzień raczej do kąpieli, niż do przedzierania się z wędką w dłoni przez bezkresne łaty trzcin i pokrzyw. Tak więc zanim przystąpiono do „eksterminacji” pstrągów, moi Przyjaciele zapragnęli pomoczyć się trochę w wodach uroczego wówczas dopływu Błędzianki, Żytkiejmskiej Strugi. Ot, takie niepozorne 2 metry wody wijące się przez pola i olchowe zagajniki. Podczas gdy kilku jeszcze ściągało swój wędkarski przyodziewek, pierwszy śmiałek wskoczył w otchłań metrowej „głębiny” na zakręcie. Jakież było zdziwienie Kolegów stojących na brzegu, gdy jegomość ten wykonał coś na kształt odbicia się od powierzchni rzeczki, niemal zupełnie unikając kontaktu z wodą! Okazało się, iż rzeczka prowadzi tak zimną wodę, iż wejście do niej trzeba by chyba było poprzedzić pobytem w saunie, a na to pośród sierpniowego skwaru nikt ochoty jakoś nie wyraził... :-)

Inna przyczyna dla której pstrągi często obierają swoje stanowiska na odcinkach łąkowych jest mnogość kryjówek. Tak, tak Drogi Czytelniku. Nie pukaj się znacząco w czoło i nie myśl, że biedny Lisowski dostał udaru nad jedną ze swoich ulubionych rzeczek. Porzuć raczej schematy, według których kryjówka pstrąga może znajdować się jedynie za kamieniem, zwalonym drzewem czy w korzeniach nadbrzeżnych krzaków. W łąkach „potokowce” znajdą znacznie głębsze miejsca, zaś gęsto porastająca koryto roślinność daje znakomite kryjówki. Na pierwszy rzut oka aż nie chce się wierzyć, iż ryba może przebywać w gęstych łanach moczarki i innej maści roślinności, której przynależności gatunkowej nawet nie śmiem odgadnąć. Jednak bardzo często ryby zajmują stanowisko pod parasolem roślinności, który układa się na powierzchni wody, tworząc zacienione, wolne od zielska „kieszenie” w warstwie przydennej. Patrząc z góry wydaje się, iż praktycznie całe koryto rzeki jest zarośnięte, jednak jest to tylko nasze, mylne dodajmy, wrażenie. Powierzchnia jest wprawdzie niemal doszczętnie pokryta roślinnością, jednak pod nią jest naprawdę sporo wolnego od niej miejsca. Gdzie jednak w takim wypadku łowić, zapytasz Drogi Czytelniku? O tym przeczytasz dalej, jeśli jeszcze nie zniechęciły Cię moje wywody.

Wreszcie ostatnią przyczyną dla której pstrągi często „wolą” odcinki łąkowej, jest dostępność pokarmu. Wolny nurt tych fragmentów rzek znacznie bardziej sprzyja bytowaniu większości gatunków ryb, które stanowią pokarm dużych „potokowców”. Już nie tylko zamieszkujące śródleśne bystrza strzeble, ślizy i głowacze, ale także ukleje, płocie czy okonie, oczywiście w młodszych stadiach swojego życia, stają się ofiarami kropkowanych drapieżców. Wolniejszy nurt daje także większe szanse rozwoju całej gamie owadów wodnych, takich jak chruściki, czy larwy jętek. Tu przerwę, bo specjalistą od „robactwa” nie jestem a temat wydaje się być na tyle intrygujący, iż może stanowić materiał do poważnego artykułu w przyszłości. Pamiętajmy jednak, iż na owadach wodnych i rybach pokarm „potokowców” się nie kończy. Wręcz przeciwnie! Właśnie docieramy do sedna sprawy, to jest grupy organizmów najistotniejszych z punktu widzenia muszkarza, który chce się zmierzyć z letnim łąkowym „kropkowańcem”. Chodzi o organizmy lądowe. Nikogo w naszym kraju nie zamierzam przekonywać do łowienia na muchę imitująca kreta, czy nornicę, choć jak wiemy są na tym świecie szczęśliwcy, którzy takich przynęt używają. Obfite letnie deszcze potrafią wypłukać z brzegów liczne dżdżownice, które na południu imitowane są przez nimfowego „killera”, czyli popularną „glajchę”. Na północnych łąkach jednak ponownie możemy uznać ten rodzaj pokarmu pstrąga za zupełnie pozbawiony znaczenia z punktu widzenia muszkarza. Zatem co z tego co spada do wody będziemy za pomocą naszych muszek imitować? Najpopularniejszą muchą będzie wszystko co przypomina konika polnego, potem cała gama żuków, chrząszczy i innych gąsienic.

Więc na jaką muchę łowić? Ponownie proszę o cierpliwość - o tym troszeczkę dalej. Przez wiele lat mój sezon pstrągowy kończył się dla mnie praktycznie wraz z ostatnimi wylotami jętki majowej, czyli w pierwszej dekadzie czerwca. Teraz z niecierpliwością czekam na nadejście sierpnia, który obok pierwszych wiosennych roztopów i czasu wspomnianej majówki, jest dla mnie najlepszym okresem do połowu naprawdę dużych „potokowców”. Nie zrażają mnie zarośnięte koryta rzek, lejący się z nieba żar i miliony komarów oraz inszej maści insektów. Z tym wszystkim możemy sobie poradzić, a nagrodą będzie tłusty letni „potokowiec” na naszym podbieraku. Który oczywiście po krótkiej sesji zdjęciowej odpłynie wolny do swojej kryjówki i za kilka miesięcy wyda na świat nowy rocznik swoich współbraci. Tak więc do dzieła. Zacznijmy od sprzętu. Będziemy łowić głównie na suchą muchę i czasami na lekką nimfę, lub „pupę”. Nasz zestaw będzie się trochę różnił od klasycznego. Zacznijmy od wędki. Muchówka powinna być mocniejsza, niż ta z którą przywykliśmy wybierać się na połów przy użyciu suchej muchy w rzekach południa. Polecam wędki dość sztywne, o szybkiej akcji w klasie AFTM 5 lub 6. Długość to minimum 2,75 m, a jeśli mamy „kijek” 3-metrowy to też w niektórych przypadkach może się on nam przydać. Wprawdzie ciężko jest znaleźć na rynku tak długie wędki o wymienionej powyżej charakterystyce, ale „sprzętowcy” coś tam zapewne wyszperają. Osobiście najczęściej łowie na 9-stopową wędkę Sage TCR AFTM 5. Dlaczego namawiam do stosowania raczej dłuższego kija? Na rynku dostępna jest cała gama muchówek o długości 2,4 m lub nawet krótszych i one zdają się być, na pierwszy rzut oka stworzone do wędkowania w mniejszych „ciurkach”. Odpowiem opisując pewne doświadczenie jednego z moich klubowych Kolegów.

Dawno temu, w początkach naszej pstrągowej pasji, czyli gdzieś na przełomie ostatniej dekady ubiegłego wieku (jak to brzmi :-)!) wybrał się On na ryby ze spinningiem na słynącą wówczas z ogromnej liczby pstrągów rzeczkę Łosośna. Ale ryby na spinning nie brały. A nie brały, bo zajęte były zbieraniem z powierzchni wody chruścików. Następnego dnia w tajemnicy przed wszystkimi Kolega wrócił nad wodę z muchówką. Kierował się zasadą: mała rzeka – krótka muchówka. Oczywiście ponownie, pomimo że woda gotowała się od zbierających ryb, nie był w stanie nic złowić. Kijek 2,1 m uniemożliwił mu dość skutecznie podanie muchy w pobliże któregokolwiek z żerujących „kabanów”. A bo to krzaki, a to znowu trzciny, lub nachylające się nad wodę trawy. Jak sam mi po jakimś czasie przyznał, czuł się jak idiota próbujący rzucać linka z ręki! Tak więc nie bójmy się wziąć ze sobą na letnią pstrągową wyprawę kija nieco dłuższego, niż polecają „fachowcy”. Piszę w cudzysłowie, gdyż doradcy ci zapewne nigdy pstrągów na muchę w ekstremalnych letnich warunkach północnej Polski nie łowili. Inną cechą charakterystyczną wędki, którą musimy brać pod uwagę dobierając ją do łowienia w silnie zarośniętych ciekach, jest jej akcja. Wspomniałem już, że preferuję muchówki mocne o szybkiej akcji. Przyznam się, iż nie jest to mój pierwszy wybór przy każdej wyprawie wędkarskiej. Kolejny raz dobór „kija” determinowany jest przez warunki w których zamierzamy łowić, a nie przez temperament łowcy. Letnie łowienie wymaga od nas bowiem krótkiej i skutecznej „rozprawy” z rybą. Muszkarzom z południa ciężko będzie zapewne uwierzyć, ale bardzo często po zacięciu, trzeba zatrzymać rybę na dosłownie kilkudziesięciu centymetrach wody! Hol musi być siłowy, czego osobiście nie lubię, ale zmuszają nas do niego ogromne ilości zielska, w które ryba po daniu jej jakiegokolwiek luzu nie omieszka się zaplątać. Oczywiście możemy zastosować „technikę” polegającą na żmudnym wyplątywaniu pstrąga z kolejnych kęp moczarki czy grążeli, ale osobiście „szef kuchni” tego nie poleca. Wcześnie czy później ryba albo porwie nam żyłkę, albo zwyczajnie wypnie się z haka. Czyli sprawę wędki mamy już omówioną. Teraz czas na kołowrotek.

Tu kwestia jest prosta i jest tylko jeden warunek. Kołowrotek musi być! Przynajmniej w tym punkcie nie będę uprawiał żadnej filozofii. Zwyczajna przyzwoita „kręcioła”, bez żadnych szpul zapasowych, ale za to z przyzwoitym hamulcem. Wprawdzie odgłos jego pracy będzie zazwyczaj oznaczał, iż słyszymy zapowiedź naszej zbliżającej się klęski, ale lepiej go mieć, niż na siłę zwiększać szansę pstrąga na zerwanie przyponu. Oczywiście kołowrotek typu „large arbor”, ale to już w obecnych czasach jest chyba standard.

Napisałem, iż nie będziemy potrzebowali zapasowych szpul i jest to szczera prawda. Bowiem łowiąc latem ograniczamy się praktycznie do zastosowania jednej linki – pływającej. Podobnie jak w innych wypadkach osobiście preferuję sznury typu WF, gdyż ułatwiają one rzucanie linką muchową. Ekstremalne warunki na brzegu i w wodzie często będą od nas wymagały zastosowania rodzajów rzutów, o których najodważniejszym teoretykom tej materii się nawet nie śniło! Zwykle będziemy operować dość krótką linką i dzięki zastosowaniu sznura WF nasza dość sztywna wędka ma szansę trochę choć popracować... Jest to swojego rodzaju kompromis, który musimy osiągnąć dobierając parametry wędki i linki. Kolor linki nie ma większego znaczenia. Przynajmniej z punktu widzenia ryb :-). Natomiast my powinniśmy dobierać go w ten sposób, aby nie mieć podczas łowienia problemów z jej obserwacją na powierzchni wody. Czasami, choć w bardzo specyficznych przypadkach, może się nam to przydać. Osobiście stosuję linki w kolorach żółtym i pomarańczowym. Aha, i jeszcze jedna uwaga. Absolutnie odradzam łączeniu linki z przyponem za pomocą różnych dziwnych pętli, łączników czy innych wynalazków. Oczywiście są obecnie dostępne na rynku linki zakończone fabrycznie pętelką wykonaną z jej powłoki i takie sznury mogę polecić. Jeśli chcemy zastosować tradycyjnie zakończoną linkę, to i jej połączenie z przyponem powinno być tradycyjne. A opisali je w swoich książkach „Wędkarstwo Muchowe” mądrzejsi ode mnie. Zwracam na to uwagę, aby nad wodą nie przeżywać niepotrzebnych frustracji związanych z chlapaniem końcówką linki o wodę i obserwacją fal wywołanych przez grzbiety zwiewających w popłochu pstrągów. Ale o tym w dalszej części tego tekstu...

Ważną częścią naszego wyposażenia będą długie oddychające spodnie – śpiochy. Pomimo że rzeki na których będziemy łowić są dość mikrych rozmiarów, to jednak bardzo często poruszać się będziemy brodząc, lub aby oddać celny rzut będziemy musieli wejść do wody. Unikniemy też dodatkowej atrakcji, którą jest miazga ślimaczo-robaczana, którą zawsze znajdowałem na w środku moich woderów – biodrówek na koniec letniego łowienia. A niech sobie stworzonka jeszcze pożyją, a nie kończą swój żywot w smrodzie naszych przepoconych skarpetek... Resztę naszego ubioru stanowić będzie lekka oddychająca odzież. Czyli pod śpiochy nakładamy możliwie lekkie spodnie typu „kalesony style”, cieniuteńka koszula z koniecznie długim rękawem, czapka z daszkiem i kamizelka. Ogólna zasada brzmi – czym lżejszy będzie nasz przyodziewek, tym bardziej komfortowo będzie nam się łowiło. Zapewniam, iż tropikalny nieraz letni skwar i przedzieranie się przez iście wietnamskie oczerety zapewnią nam „niezapomniane” doznania, więc nie pogarszajmy jeszcze swojej i tak nie najlepszej sytuacji, pakując się gumowe spodnie, polary, kurtkę przeciwdeszczową i skórzany kapelusz na głowę. I wreszcie ostatnie dwa elementy naszego ekwipunku. Pierwszy to dobrej jakości polaroidy z jasnymi „szkłami”. Cudzysłów jest jak najbardziej na miejscu, gdyż obecnie najczęściej spotkamy na rynku okulary polaryzacyjne gdzie szkła zastąpiono plastikiem i w sumie takie rozwiązanie mogę polecić. Nawet nasz nos odczuje różnicę tych kilku gramów po całodziennym wędkowaniu! I wreszcie podbierak. Ja wiem, że obecnie narzędzie to w pewnych kręgach polskich muszkarzy nie jest „trendy”. No cóż, takich Panów nie zapraszam na sierpniowe pstrągi na północ naszego kraju. Tutaj podbierak o szerokim wlocie jest jak parasol podczas deszczu! Walka z rybą jest bowiem bardzo siłowa i dynamiczna. Nie ma czasu na jej męczenie i podprowadzanie do ręki. Zresztą nawet najbardziej zdecydowany hol nie uchroni nas przed częstym zaplątaniem się pstrąga w rzeczną roślinność. I wówczas podbierak będzie jedyną naszą szansą na szczęśliwe zakończenie zmagań. Nosimy go przymocowanego do pleców kamizelki, a nie przy pasku, czy gdzieś tam jeszcze. Inaczej zamiast nam pomagać, stanie się on wdzięczną maszynką do zaplątywania się w trzciny na brzegu i wodorosty w wodzie.

Skoro sprzęt mamy już „z głowy”, pora przejść do „konika” naszego Naczelnego, zwanego Jerzym „z naczelnych” :-). Magiczne słowo – zestaw! Gdyby mógł stworzył by zapewne niezależny tytuł w prasie muszkarskiej poświęcony zestawom. „Zestaw Polski”, „Świat Zestawów”, „Sztuka łowienia na zestaw”...:-) No to pożartowaliśmy sobie, więc czas na konkrety. Linka już jest, więc pozostał nam przypon i muchy. Jak wygląda przypon muchowy każdy wie, więc ten temat pominę. Dodam jedynie, że nie jestem zwolennikiem gotowych przyponów dostępnych na rynku, pracowicie wiążąc go z 4-5ciu fragmentów żyłki. Taki już ze mnie konserwatysta. Konkretnych rodzajów żyłki nie będę polecał, gdyż nie chcę być posądzony o reklamowanie któregoś z producentów. Zresztą ostatnimi czasy mam nieodparte wrażenie, iż kiedy nie wejdę do sklepu wędkarskiego, zawsze znajduję inne rodzaje żyłek. Znaczy się zwykle żyłka jest ta sama i pochodzi od producenta „made in China”, ale konfekcjonowana jest na coraz to nowych szpulkach o coraz to bardziej marketingowych nazwach typu „Mega Przepotężna Strong Power Fishing Line”. Cóż, pozostaje nam metoda prób i błędów, lub zaopatrywanie się w specjalistycznych sklepach muszkarskich. Jak jednak wielka ich liczba w kraju pomiędzy Odrą i Bugiem się znajduje, nikomu nie trzeba tłumaczyć.

Przechodząc do rzeczy napiszę tak: żyłka na przypony powinna być mocna, mało rozciągliwa i przekrój najcieńszego odcinka przyponu nie powinien być mniejszy niż 0,18 mm. Mam Kolegów, którzy łowią jeszcze „brutalniej” i stosują końcówki przyponu o grubości nawet 0,22 mm. I nie zauważyłem aby liczba brań, które notują odbiegała od średniej krajowej. Dość istotna kwestia pozostaje długość przyponu. Osobiście, chyba ze względu na „streamerowe” ciągotki, zawsze mam tendencje do maksymalnego skracania przyponu. Przy letnim powierzchniowym łowieniu trzeba jednak kolejny raz wykazać się sztuką kompromisu. Z jednej strony wydłużenie przyponu jest wskazane ze względu na płochliwość ryb stojących nierzadko parę centymetrów pod powierzchnią wody. Ale z kolei jego skrócenie pozwoli nam uzyskać lepszą celność rzutów. A najczęściej bywa, iż muchę musimy ulokować dosłownie na kilkudziesięciu centymetrach kwadratowych lustra wody wolnego od zielska. I bądź tu człowieku mądry! Aby pogodzić obie te tendencje stosuję … przypon o klasycznej długości do metody suchej muchy, czyli długości wędki. Co wcale nie znaczy, iż jeśli mamy odcinek wolnej od roślinności wody o szczególnie powolnym przepływie, nie należy długości zestawu zwiększyć. Trzeba zwyczajnie reagować elastycznie. W moim zestawie ostatni fragment przyponu jest zawsze dłuższy od pozostałych. Po pierwsze częściej go skracamy zmieniając muszki. Drugi powód, to moje wewnętrzne przekonanie, iż wszelkie węzły na przyponie powinny lądować na wodzie jak najdalej od żerującej ryby. Może przesadzam z tą ostrożnością, ale jak mawia mój Tata „strzyżonego Pan Bóg strzyże”...

Łowiąc latem musimy zwracać szczególnie baczną uwagę właśnie na końcówkę przyponu. Jeśli zauważymy, iż została ona w jakikolwiek sposób uszkodzona, o co przecież nie trudno gdy łowimy na tytułowym „polu ryżowym”, natychmiast musimy ją zmienić. Już uszy mnie bolą od słuchania opowieści o ogromnych rybach, które zerwały muchę właśnie przez to, że wędkarz zapomniał zmienić końcówkę przyponu po tym jak wcześniej tarmosił muchę powieszoną na trzcinach. Zresztą sam też tu muszę uderzyć się w piersi. Wszelkie uszkodzenia, skręcenia przyponu to sygnał do natychmiastowej wymiany danego odcinka żyłki. Przypominam, iż sponsorem tego tekstu jest literka „s”, od słowa „siłowo” - taki jest styl holu ryby zaciętej w lipcu czy sierpniu na małej zarośniętej rzeczce! Niewątpliwie jedną z przyczyn dla których letnie łowienie pstrągów tak bardzo mnie wciągnęło są stosowanym muchy. Podczas gdy nasi Koledzy z południa ślepią się wypatrując swoich „drobinek” spływających powierzchnią Sanu czy Dunajca, my mamy w tym względzie pełen komfort. Letniej muchy pstrągowej doprawdy ciężko jest na powierzchnia rzeki nie zauważyć.

Wcześniej wspomniałem o organizmach, które to mają tendencję, najczęściej wbrew własnej woli, w wodzie się znaleźć. I właśnie ich imitacje będziemy stosować, wyprawiając się na letniego pstrąga. Przynęta numer jeden to mucha naśladująca konika polnego. Jak takie dziwo może wyglądać i jak je ukręcić, znajdziecie na łamach tego numeru. Na drugim miejscu listy przebojów znajdują się żuczki z pianki, często wyposażone w gumowe odnóża. Ostatnie miejsce na podium zajmują stymulatory, wielkie muszyska „z twarzy podobne do zupełnie nikogo”. Co wcale nie oznacza, że nie połowimy na np. ogromne imitacje chruścików! Bardzo rzadko, ale zdarza się, iż sięgamy także po lekkie nimfy, albo „pupy”. Podstawową cechą wspólną wszystkich wymienionych rodzajów much jest ich wielkość. Nie bójmy się wykonać imitacji na haczykach o numerach 2-6. Drugą istotną sprawą w przypadku muchy suchej jest jej pływalność. Musi być ona niemal idealna. Często nie mamy miejsca na zbyt wiele pustych wymachów osuszających naszą muszkę. Przyczyna? Patrz tytuł tego tekstu. To z kolej determinuje materiały jakich do wykonania imitacji będziemy używać. Wszystko co nie tonie. Czyli wszelkiej maści pianki, CDC, dobrej jakości pióra koguta (najlepiej genetyczne), zimowa sierść sarny, kawałki szkła i bardzo małe kamienie (te dwa ostatnie to oczywiście żart, ale kto oglądał „Sens Życia” Monthy Pythona i pamięta scenę sądu nad czarownicą, ten zrozumie :-)).

Nie zaliczam się do wybitnych „krętaczy”, ba nie jestem nawet takim sobie konstruktorem sztucznych much, więc pozostawię tu pole do popisu dla kogoś bardziej godnego w przyszłości, bo temat wydaje się być wręcz niemożliwy do wyczerpania! Próbkę tego, co należy przywiązać do końca naszego przyponu znajdziecie podczas lektury innej części tego wydania naszego pisma. Bądźcie spokojni, nie przeoczycie! Obowiązuje tu bowiem zasada śp. Frediego Merury: „The biger, the better. In everything” (Czym większy, tym lepszy. We wszystkim) ;-) Śmiechem, żartem, ale maksyma ta dotyczy nawet wielkości … samego wędkarza! Przykro mi to stwierdzić, zwłaszcza jako osobnikowi który w dowodzie osobistym ma wpisany wzrost „wysoki”, ale konusy raczej będą miały zadanie na naszym „polu ryżowym” utrudnione. Tu demokracji nie ma! Jak już wspomniałem, bardzo często łowimy brodząc, lub przynajmniej wchodzimy do wody aby oddać rzut. Rzeczka, która w w pierwszych miesiącach sezonu pstrągowego nie grzeszyła głębokością nagle, po pojawieniu się w jej nurcie ton roślinności, zaczyna toczyć naprawdę głęboką wodę. W miejscach gdzie jeszcze w maju spokojnie można było brodzić nawet w woderach - biodrówkach, nagle okazuje się że nie możemy swobodnie poruszać się nawet w sięgających do piersi „śpiochach”. Ale o to właśnie w tym wszystkim chodzi! Wysoka woda powoduje, że pochowane dotychczas po niedostępnych kryjówkach pstrągi zajmują stanowiska w miejscach gdzie jesteśmy im w stanie zaprezentować sztuczną muchę. Dodatkową „atrakcją” takiego łowienia brodząc, są metry sześcienne zielska, które zmuszeni jesteśmy często pchać przed sobą. Oczywiście nie zaszkodzi czasami oczyścić się z tego całego „dobytku”, inaczej możemy spowodować podtopienia okolicznych łąk i osiedli... Jak się już zapewne drogi Czytelniku domyśliłeś, będziemy łowić poruszając się pod prąd. Od tej reguły w zasadzie nie ma odstępstw. Każda próba poruszania się z prądem rzeki spowoduje przepłoszenie nawet najbardziej ufnie żerujących ryb. Zwyczajnie zbyt wiele uczynimy na brzegu hałasu. Brodzenie z prądem to już zupełna porażka – zielsko które pchalibyśmy idąc pod prąd, teraz spłynie na stanowiska pstrągów. Jednym słowem: po brzegu łazić ciężko, wodą jeszcze gorzej. Ale jakoś musimy sobie radzić. Każdy wędkarz łowiący pstrągi wie jak płochliwe są te ryby. Szczególnie „potokowce” żyjące w dzikich rzekach północnej Polski, gdzie nie są przyzwyczajone do tysięcy odnóży dumnie kroczących każdego dnia po ich kryjówkach. Łowiąc np. na Sanie zawsze mam wątpliwości, czy jest jeszcze w tej rzece kamień, którego nie dotknęła wędkarska stopa? Letnie rzeki na północy nie oferują swoim mieszkańcom zbyt wielkiego wyboru jeśli chodzi o potencjalne kryjówki. Jak już wiemy, woda robi się głęboka, a przy tym koryta rzek prawie w całości pokrywa roślinność wodna. Pstrągi zwykle stoją w cieniu falujących pod powierzchnią warkoczy. Jednak gdy zaczynają żerować na opadających na powierzchnię wody owadach, wówczas przenoszą się najczęściej w podpowierzchniowe warstwy wody i stoją niekiedy w kilku – kilkunasto-centymetreowym prześwicie pomiędzy roślinami i powierzchnią. Mają doskonałe pole obserwacji. Także wszelkiego rodzaju falowanie wody, wywołane np. naszym mało ostrożnym poruszaniem się w korycie rzeki, jest przez nie natychmiast wychwytywane. To powoduje, iż stają się niesłychanie płochliwe. W „normalnych” warunkach „potokowce” zalegające w swoich przydennych kryjówkach dzieli od powierzchni cała głębokość koryta. Także ich pole widzenia jest w normalnych warunkach znacznie bardziej ograniczone. Latem nie raz i nie dwa, po moim nieostrożnym kroku widziałem fale pozostawiane na powierzchni rzeczki przez grzbiety czmychających w popłochu pstrągali. Woda wyglądała na pozornie martwą, ale jeden nieostrożny ruch pokazał jakie „kabany” potrafią się czaić tuż pod jej powierzchnią! Inne charakterystyczne stanowiska zajmowane przez pstrągi latem na odcinkach łąkowych to rynienki wolne od zielska. Nawet na najbardziej gęstym „polu ryżowym” znajdziemy takie miejsca. Najczęściej znajdują się one na zakrętach, przy zewnętrznym stromym brzegu. Czasami takie miejsca powstają pomiędzy widocznymi na powierzchni łanami moczarki. Nawet kilkanaście centymetrów wolnych od zielska może stanowić i najczęściej stanowi (!!!) znakomitą pstrągową miejscówkę.

Wiem, że to co piszę brzmi raczej jak poradnik dla miłośników sierpa i kosy „Brzeszczot”, a w najlepszym wypadku jak opis idealnej wody do zasiedlenia w niej amurów. Sorry, już nigdy Wasze wyobrażenie letniego łowiska pstrągowego nie będzie takie jak kiedyś. Już nic nie będzie takie jak kiedyś ... Dotyczy to też pory naszych łowów. Pstrągi w łąkach potrafią brać o najbardziej „niepstrągowych” porach dnia. Pamiętam jak na sam koniec ubiegłorocznego sezonu pstrągowego postanowiłem zerwać się złóżka o jakiejś zupełnie niecywilizowanej godzinie i nad rzeką znalazłem się o wschodzie słońca. Zwykle nawet o tej porze nie miałem problemów ze złowieniem tam kilku – kilkunastu ryb. A tymczasem ... „kicha”! Dno i wodorosty! Zero zbierających ryb, zero wymuszonych wyjść do suchej, zero brań na lekką nimfę. Co zrobić? Trzeba zmienić miejsce. Jadę nad inną wodę. Powtórka z rozrywki. Wreszcie, gdy słońce pali już niemiłosiernie na sierpniowym bezchmurnym niebie, ląduję nad trzecią już tego dnia rzeką. I tu się dopiero zaczęło! Ktoś rozsądnie stwierdzi, że tam gdzie łowiłem wcześniej nie było ryb. No cóż, dokładnie tego samego dnia, tyle że po mnie, odwiedzili je moi Koledzy. I zaprawdę powiadam Wam, że pięknie sobie wśród łanów trzcin i atakujących ich wściekle gzów połowili! Oczywiście niezmiennie moimi faworytami jeśli idzie o czas połowów pozostaje świt i zmierzch, ale rodzaj pokarmu pobieranego o tej porze roku przez pstrągi z powierzchni rzeki powoduje, że żerują one czasem nawet w największą spiekotę. Koniki polne, żuki czy insze chrabąszcze nie znają pojęcia rójki i nie czekają z wpadaniem do wody do wieczora. Z jednej strony szkoda, bo wieczór daje nam bardziej komfortowe warunki łowienia (wreszcie spiekota staje się mniej dokuczliwa), ale z drugiej strony znakomicie wydłuża nam to czas łowienia i zamiast trzepać w domu dywany możemy spędzić ten czas na trzepaniu wody sznurem muchowym. Właśnie. Słowo „trzepać” oddaje poniekąd strategię łowienia. Latem nie musimy wałęsać się po wodzie w poszukiwaniu „zbiorów”. Oczywiście nikomu tego nie bronię. Jednak sposób odżywiania się pstrągów i rodzaj pobieranego pokarmu powodują, iż możemy liczyć na „podniesienie” żerującej ryby, nawet jeśli nie zbiera ona aktualnie wściekle owadów z powierzchni wody. Jako zwolennik teorii, iż streamer i tylko streamer działa na zmysł agresji pstrąga, nie chciałem uwierzyć w takie działanie suchej muchy. Do czasu zanim uświadomiony przez jednego z moich Kolegów nie spróbowałem. Oczywiście zaraz dorobiłem sobie do tego teorię, iż łowione „na ślepo” (bez wcześniejszych oznak żerowania) ryby jednak jakiś tam pokarm pobierały, ale fakt pozostaje faktem! Pstrągi wyskakiwały jak z katapulty do wielkiej imitacji konika polnego lądującej z hukiem na powierzchni rzeczki. Właśnie, że nie przesadzam! Mucha ma pierdyknąć o wodę z siłą kamienia! Dziwne, ale delikatna fala spowodowana naszym nieostrożnym krokiem powoduje panikę wśród „potokowców”, zaś gejzer spowodowany przez naszą „muszkę” działa na pstrągi jak płachta na byka! Zero delikatnego sadzania muchy, zero finezji... Nie wiem jak one to robią, ale z drugiej strony taka sama falka powodowane chlapnięciem sznura o wodę równa się zerowym braniom na przynajmniej kilkunastu metrach rzeki. Nie zamierzam dywagować dlaczego tak się dzieje. Zwyczajnie musimy to zaakceptować. „Where Eagle Dare” to tytuł słynnej zekranizowanej później książki Alistaira McLeana, oraz czadowego kawałka legendarnej brytyjskiej grupy heavy metal „Iron Maiden”. „Tylko dla orłów” to także chyba najlepsza charakterystyka, kto może mierzyć się z letnimi „potokowcami”. Zdaję sobie sprawę, że (celowo) nie wyczerpałem tematu, ale pomimo wszystko - łamcie dzioby „Orły”!

Zdjęcia: Jacek Krzewski

Tekst: Przemek Lisowski

 

Polski Związek Wędkarski Okręg w Białymstoku

Magazyn dla muszkarzy

Sklep wędkarski

Logowanie



Facebook

Gościmy
Naszą witrynę przegląda teraz 12 gości 
Losowe zdjęcia