Zapraszamy na kolejną wyjątkową ekstremalną nieprzespaną jedyną w swoim rodzaju edycję

40-ty Pstrąg Hańczy

40-ty Pstrąg Hańczy Memoriał im. Krzysztofa Szerszenowicza połączony z Mistrzostwami Akademickiego Koła Wędkarskiego SKISH w Wędkarstwie Muchowym odbędzie się w dniach 22-24 kwietnia 2022 r.

Miejscem imprezy jak zawsze będzie Stanica Wodna PTTK we Frąckach. Za jedyne 300 PLN zapewniamy Wam możliwość pełnego uczestnictwa w tej 3- dniowej najstarszej klubowej imprezie pstrągowej w naszym kraju! Opłata obejmuje dwa noclegi w kultowych domkach campingowych, uroczystą kolację w piątkowy wieczór, obiad i wieczorną biesiadę przy ognisku w sobotę, oraz niedzielny obiad po zakończeniu spotkania. Zupełnie za darmo będziecie zaś mogli spotkać żywą skamienielinę, która pamięta I-wszą edycję zawodów !

Wiemy, że już sama możliwość wizyty we Frąckach po 2-letniej przerwie jest niezapomnianą atrakcją, ale zaręczamy, iż „Salmo Club” w Białymstoku przygotuje ich w tym roku znacznie więcej! Już wkrótce szczegółowy program spotkania ukaże się na naszej klubowej stronie www.grayling.com.pl i w mediach społecznościowych. Że o TVP przez skromność nie wspominamy…

 

Przeczytaj relacje o poprzednich edycjach Czarnej Hańczy

Lekkie pióro cechą Lisa ? Przekonaj się o tym czytając relacje z poprzednich edycji imprezy, autorstwa naszego klubowego Kolegi — Przemka Lisowskiego.

Poszukiwacze zaginionego pstrąga, czyli „Pstrąg Hańczy 2013 im. Krzysztofa Szerszenowicza”

„Pstrąg Hańczy” organizowany już po raz 33-ci przez białostocki „Salmo Club” i Akademickie Koło Wędkarskie „Skish” odbył się w dniach 21-23.04.br. Jest to chyba najstarsza towarzyska impreza muchowa odbywająca się nieprzerwanie w naszym kraju. W tym roku pierwszy raz postanowiliśmy w jej nazwie uhonorować naszego przedwcześnie zmarłego Przyjaciela, wspaniałego Muszkarza i wielokrotnego zwycięzcę tych zawodów, Krzysztofa Szerszenowicza. Podczas otwierającej imprezę piątkowej kolacji Organizatorzy przywołali wspomnienia o „Szerszeniu” pokazując krótki film o wędkarskich dokonaniach Krzyśka. Niewiele zdjęć i filmów udało się odszukać z Jego jakże bogatych dokonań, ale też i nikt nie spodziewał się, że opuści nas w tak młodym wieku…

Zawsze mam wątpliwości czy „Pstrąg Hańczy” powinien nosić miano „zawodów”. Brak sektorów, sędziów, wyniki uznawane na podstawie deklaracji łowiących poparte jedynie zdjęciem złowionej ryby – to wszystko powoduje, że nasze spotkania nad Czarną Hańczą są raczej wędkarskim festynem, niż sportową rywalizacją. Choć od tej ostatniej tak do końca nie udało się nad uciec. Drużyny „Salmo Clubu” i „Reszty Świata” zwarły się na śmierć i życie w meczu w piłce kopanej. Wyniku nikt nie pamięta, a i zwycięzców ciężko by było wskazać ze względu na totalne pomieszkanie składów postępujące wraz z upływem czasu rywalizacji. I tak na koniec pogodziły nas opary nadrzecznej bani, wprost z której pogrążyliśmy się w lodowatych jeszcze odmętach Czarnej Hańczy.

Gwoli reporterskiej ścisłości muszę zaznaczyć, iż w kultowej stanicy we Frąckach, która od zarania dziejów imprezy jest jej bazą, stawiło się ponad 40-tu pstrągarzy z Polski, Litwy, Białorusi i … Ostrowi Mazowickiej . Rzadko się zdarza, aby nazwa imprezy tak trafnie oddawała jej wynik. Pracująca w pocie czoła komisja sędziowska musiała bowiem pochylić się nad … jedną wymiarową zgłoszoną rybą. Szczęśliwym łowcą okazał się być Tomek „Sqra” Skurski z białostockiego „Salmo Clubu”. Należało mu się, bo przed zawodami inny z ostatnich kropkowanych Mohikanów zamieszkujących Czarną Hańcze pogruchotał „skurzaną” wędkę. 

Tak zupełnie serio, to naprawdę ciężko jest podać przyczynę dlaczego wspaniała rzeka pstrągowa, jaka do niedawna była Czarna Hańcza przez kilka ostatnich lat pogrążą się w takim kryzysie. Od chwili jej przejęcia przez białostocki Okręg PZW, woda otrzymuje każdego roku ogromne ilości wylęgu i narybku pstrąga potokowego i lipienia. Strażnicy nie informują o jakiejś wykraczającej po za średnią krajową aktywności kłusowniczej, co zresztą dotyczy także presji wędkarskiej. Swoją „dolę” do rzeki wsypuje też Wigierski Park Narodowy na odcinku znajdującym się w jego gestii. Odłowy kontrolne raczej wykluczyły problemy związane z termiką czy składem chemicznym wody – a ryb jak nie było tak nie ma. Na ten rok zaplanowaliśmy kolejne działania, które miejmy nadzieję pomogą nam poznać problem leżącą u podstaw obecnej sytuacji i odbudować rybostan rzeki. Pierwszym z nich, już zrealizowanym, było ustanowienie odcinka „no kill” rozciągającego się od granicy Wigierskiego Parku Narodowego do mostu drogowego w miejscowości Głęboki Bród. 

Wiem, iż Czarna Hańcza to nie San czy Dunajec, ale pomimo że leży na obrzeżach „wielkiego muszkarskiego świata” ma grono zaprzysięgłych fanatyków. Dlatego o podejmowanych przez nas działaniach postaramy się poinformować czytelników „Sztuki Łowienia”.

„Ni ma ribów”, czyli „Pstrąg Hańczy 2015 im. Krzysztofa Szerszenowicza”

Kolejna edycja „Pstrąga Hańczy” zorganizowana została przez białostocki „Salmo Club” i Akademickie Koło Wędkarskie „Skish”. Zawody odbyły się w dniach 24-26.04.br na rzece Czarna Hańcza. Jedyna rybą zaliczaną do punktacji był (a raczej miał być) pstrąg potokowy o wymiarze ochronnym 35 cm. Dopuszczonymi przez Organizatora metodami były spinning i sztuczna mucha dla osób startujących w Otwartych Mistrzostwach AKW „Skish” w Wędkarstwie Muchowym. I tu w zasadzie można by zakończyć tę relację, gdyż podczas imprezy nie padła żadna wymiarowa ryba… 

Smutne to, że pomimo naszych licznych działań zmierzających do poprawy sytuacji, rzeka jakby pozostawała głucha na nasze prośby. Jakby przeczuwając tą „małą katastrofę” część Koleżanek i Kolegów wybrała inne sposoby spędzenia pięknego kwietniowego weekendu, tak że w Stanicy PTTK we Frąckach pojawiło się zaledwie 25 osób. Tak niskiej frekwencji już dawno nie pamiętam. 

Ale skoro już zacząłem pisać, to coś tam Wam zrelacjonuje, bo pomimo braku ryb na brzegu, jak zawsze podczas „Pstrąga Hańczy” dużo się działo. Przede wszystkim należy wspomnieć, że kultowa dla nas baza nad Czarną Hańczą doczekała się nowego dzierżawcy w miejsce zajmującego się nią od wielu lat Jureczka. Życzymy dużo zapału  w nowym biznesie i liczymy na owocna współpracę w przyszłych latach. Kolacja w piątkowy wieczór udała się jak zawsze, a kulturalnie wzbogaciły ją pokazy filmów z naszych wypraw do Mongolii, na Półwysep Kola (jego autor Grześ „Łowca Jeleni” Rutkowski był szczerze zdziwiony, że takie dzieło wyszło spod Jego ręki 😉 ) i prezentacji z wypraw Pawła „Pavki” Szymańskiego także do kraju Dżyngis Khana. Były też tańce, śpiewy i (przynajmniej w przypadku niektórych) zabawa do białego rana…

„Rannym utram” (w przypadku niektórych, faktycznie „rannym” 😉 ) natomiast wbrew wszystkim znakom na niebie i ziemi większość z nas pobiegła nad wodę licząc, że to właśnie do nich uśmiechnie się wędkarski fart. Prawie, prawie marzenia swe zrealizował Karol „Charlie Bochen” Lisowski, któremu najpierw 50-tka spięła się po krótkim holu poniżej bazy we Frąckach, a potem podobny pstrąg wypiął się przy podbieraniu koło Dworczyska. Mi także spięła się 40-centymetrowa rybka na 10 min. przed końcem tury. Wyjątkowo nasi Koledzy z Suwałk usłuchali mojej prośby wystosowanej podczas ceremonii otwarcia zawodów, aby już może nie łowili tych ryb, bo potem mają tylko problemy ze sprzedażą na forach internetowych zdobytych nagród. A pieniążki na alkohol potrzebne…;-). Tak więc usłuchali naszych modlitw i gdy tylko Czarkowi „Koli” Chrulskiemu cokolwiek miarowego wieszało się na muszce, natychmiast tą rybkę zrywał. Brawo! Tak trzymać ;-)!

Przed obiadkiem udało się nam jeszcze rozegrać zawody rzutowe. Niby nic szczególnego, ale dzięki Hubertowi „Kobyłce” Kobylińskiemu mieliśmy szansę oddawać rzuty przepięknym „szklakiem” firmy „Ego”. Oj działo, się działo! Że wszyscy przeżyli te zmagania, to istny cud! Tytułem reporterskiego obowiązku dodam, że zmagania z odległością, celnością, wiatrem, własnymi słabościami i wspomnianym „szklakiem” wygrał Wasz uniżony sługa piszący te słowa, drugi był Jacek „Sqra Stara” Skurski a trzeci Andrzej „Kotleton” Kotelon. 

Po smacznym obiadku, zamiast pójść na ryby, zachciało się nam tradycyjnie pokopać piłkę. O zaciekłości zmagań niech świadczy fakt, że po godzinie znalazłem się dzięki uprzejmości Ojca Dyrektora Jerzego (chodzi tylko o podwiezienie ☺ !) w pogotowiu w Sejnach z zerwaną torebką stawową w kostce lewej nogi. Moja ofiara nie poszła jednak na marne, gdyż „moja” drużyna rozniosła (podobno) w puch przeciwnika! Było tak miło, że nikt nawet nie myślał o pójściu na ryby, oddając się błogiej sjeście poobiedniej, słuchaniu transmisji z meczu „Jagi” i spożywaniu naszych ulubionych napojów pakowanych w butelki o pojemności odpowiednio: 0,33 l; 0,5 l i 0,75 l.  Gwoli ścisłości trzeba zaznaczyć, że czasami ich objętość ulega zmianie. Gdy część uczestników udała się do sauny, reszta udała się do ogniska, gdzie kontynuowała spożywanie naszych ulubionych napojów pakowanych w butelki o pojemności… aha, to już było ;-).

Kolejna, poranna tura ponownie nie przyniosła jednak żadnych miarowych ryb, choć gwoli aptekarskiej ścisłości należy nadmienić, że kilka krótkim „potokowców” zagościło na hakach uczestników zawodów. Było też kilka brań, niestety niezakończonych konkretem w postaci ryby na brzegu. Stało się tak zapewne w wyniku mojej absencji nad wodą…;-)

Cóż, trudno się mówi i … kocha się dalej. Wręczenie nagród przebiegało wyjątkowo sprawnie, bo dotyczyło jedynie zwycięzców zawodów rzutowych. Niemniej niech nikomu nie przyjdzie nawet do głowy, że w przyszłym roku w kwietniu nie spotkamy się znowu we Frąckach! Jak to kiedyś powiedział „Manio” Grygoruk (cytat może zawierać przeinaczenia, błędy a nawet pomówienia wynikające ze złej woli autora tekstu): „Jest kilka wydarzeń, na których być trzeba. Pogrzeb własny, pogrzeb teściowej i „Pstrąg Hańczy”. Po czym rzeczony „Manio” pojechał w tym roku nad San…

Z wędkarskim pozdrowieniem i bolącą kostką,

„Jest riba”, czyli „Pstrąg Hańczy 2016 im. Krzysztofa Szerszenowicza”!

W ubiegłym roku relację z naszej kultowej imprezy zatytułowałem „Ni ma ribów”. No to w tym roku śpieszę donieść, iż sytuacja uległa drastycznej poprawie, gdyż „riba jest”. A konkretnie jedna. Tyle udało nam się pojmać pstrągów, a jako człowiek skromny nie omieszkam nadmienić, iż to nie ja go złowiłem. No dobra, złowił go Marek „Generalissimus” Kowal z Suwałk. I chwała Mu za to wiekopomna, bo wlał w nasze serca nadzieję na lepsze czasy. Choć nie wiem, czy na lepsze imprezy jest jeszcze szansa. A było to tak…

Nasz niezastąpiony duet instrumentalno – wokalny „Organizejros” Tomcio „Gołąbek” i Mariusz „Kiepura” jak zwykle zwołał pospolite klubowe ruszenie na ostatni przed „majówką” piątek kwietnia, tj. 22.04. Odpowiedzieliśmy na Ich apel dość gremialnie, bo na liście startowej zapisano 23 nazwiska, ale w prehistorycznej stanicy we Frąckach zjawiło się około 30-tu osób, udowadniając, że w „Pstrągu Hańczy” nie tylko o ryby chodzi.

Piękny, mroźny piątkowy wieczór rozpoczęliśmy tradycyjną wieczerzą, umiloną pokazem filmów wędkarskich. Hitem była oczywiście nasza klubowa prezentacja rozwinięta twórczo przez Jędrzeja „Dżi.”. Znakomicie! Tak trzymać i rozwijać dalej twórczo. 

„Rannym utram”  niektórzy z nas wyraźnie „ranni” lecząc liczne odmrożenia po nocce podczas której temperatura na zewnątrz spadła do -5 st. C (czyli do -4 st. C w domkach), udali się nad brzeg Czarnej Hańczy gdzie hucznie świętowano imieniny Ojca Dyrektora Jerzego. W sumie to nie wiem czemu nie otrzymałem żadnego prezentu, skoro na drugie mi Jureczek też dano…? Proszę o tym za rok pamiętać bardzo.

Nad rzeką tłoczno nie było. Nie powiem, że nikogo nie spotkałem, bo spotkałem Czarusia „Kolę”, ale konia z rzędem temu, który Go nie spotkał. Facio posiadł zdolność teleportacji, albo klonowania się. Jest wszędzie. Nawet teraz gdy dostałem od Was zdjęcia z zawodów „Kola” jest na nich w bazie w czasie gdy ja widziałem Go nad rzeką. Dziwny jest ten świat, jak śpiewał Mieczysław Fog, czy ktoś tam inny…

Ja miałem ogromna rybę, która porwała mi zestaw (zębaty?) i jeszcze jeden potężny „biór”. O dziwo wielu Kolegów raportowało bliskie spotkania z pstrągami różnych wielkości. A „Sqra” nawet żaglicę złowił! A może to był lipień… Tak, to był lipień 37 cm. Tak więc gdy o 15.00 w samo południe w dzień poprzedzający niedzielę nasza „komisyja” podsumowała wyniki zmagań sportowych to wyszło to, o czym pisałem na wstępie. Czyli wyszło szydło (bez politycznych kontekstów) za przeproszeniem wora! Mamy „juntę”, czyli rządy generałów, a konkretnie jednego. Do tego małego i łysego. No cóż, przyroda bywa okrutna…;-)!

Następnym punktem programu było „haratanie w gałę”. Jako że mi w ubiegłym roku tak „haratnęło” w torebkę w prawej kostce, że wylądowałem w szpitalu, postanowiłem roku bieżącego tę rozrywkę zignorować. I pojechałem z Markiem Saperskim, sorry Imierskim na ryby. Ale Koledzy nie odpuścili, o czym świadczyły unoszące się nad lasem we Frąckach tumany kurzu wzniecane sportowym obuwiem graczy, połączone z niosącym się dolina Czarnej Hańczy dzikim wyciem i trzaskiem pękających piszczeli. Wszyscy przegrali. Tak jak kiedyś Pavka „Morozow” Szymański, który w tym roku postanowił nie ryzykować i uprzedzając rozwój wojny futbolowej połamał się zawczasu sam. Znaczy się przy pomocy konia połamał sobie kręgosłup, czy cóś… Pomimo to w towarzystwie swojej Lepszej Połowy „Oldżi” towarzyszył nam dzielnie we wszystkich (no, może prawie wszystkich) punktach imprezy.

Po meczyku odbyły się zawody rzutowe, na które szczęśliwie z Markiem Saperskim zdążyliśmy wrócić, więc było jasne, że je wygramy ;-). I tak się oczywiście stało. Nie pamiętam kto był trzeci, ale to się dopisze…;-) 

Zaraz potem mieliśmy uroczyste rozdanie nagród i sesję zdjęciową na brzegu Czarnej Hańczy.

Wreszcie wieczorem nasza „bania”, „baniusia” kochana! Wypociliśmy cały spożyty wcześniej płyn pakowany w butelki o naszej ulubionej objętości 0,5 l i dalej ruszyliśmy uzupełniać go na uroczystą kolację. Tę umilał nam pokaz prehistorycznych filmów i zdjęć z moich lisich i „poolowych” podbojów nowozelandzkich. 

Rano jakby mniej było „rannych”, gdyż zmęczenie materiału było wyraźnie. Tym razem darowaliśmy sobie niedzielne łowienie, tak więc niektórzy mieli więcej czasu na pożegnania. Bo to właśnie pożegnań nadszedł czas… Do zobaczenia za rok! Może ponownie uda się nam złowić jakąś rybę, albo i dwie ☺!

Jak co roku sypnęło rybą na Czarnej Hańczy, czyli relacja z „Pstrąga Hańczy im. Krzysztofa
Szerszenowicza – 2017”

W dniach 21-23 kwietnia br. „Salmo Club” w Białymstoku wspólnie z Akademickim Kołem Wędkarskim „Skish” w Białymstoku zorganizował bodaj najstarsze towarzyskie zawody pstrągowe w Polsce. Imprezę tak starą, że sami mieliśmy poważne problemy z ustaleniem, którą kolejną edycją mają być tegoroczne zawody. Po sięgnięciu do najgłębszych zakamarków pamięci Ojca Dyrektora i przeczytaniu całego Internetu (dwa razy), ustaliliśmy, że będzie to XXXVII „Pstrąg Hańczy”. Oczywiście wzorem poprzednich lat zawody nosiły imię naszego zmarłego Kolegi Krzysztofa Szerszenowicza.

Duet naszych dzielnych „Organizejros” Mariusz „Maniek Boleń” Szczepcio i Zdzisław „Dzidosław” stanęli na wysokości, przecież nie łatwego zadania i perfekcyjnie przygotowali nasze coroczne spotkanie. „Dzidosławowi” udało się nawet nie zgubić kluczy do domków Stanicy Wodnej we Frąckach, która jak co roku stanowiła naszą bazę. Rozpoczęliśmy tradycyjną piątkową kolacją połączoną z pokazem slajdów z wypadów wędkarskich i naszą kultową już prezentacją klubową, którą wzorem poprzednich lat „Jędruś” Grygoruk poszerzył o kilkadziesiąt nowych zdjęć, opatrzonych kąśliwymi komentarzami. Uśmieliśmy się jak norki!

Rano całe zgraje spragnionych pstrągowego mięsa wędkarzy rozpierzchły się po rzece, która w tym roku zdawała się być w troszkę lepszej kondycji niż w latach ubiegłych, o czym świadczyć miały wyniki połowów przed zawodami. Niestety ponownie okazało się, że łowienie rekreacyjne, a łowienie podczas zawodów to zupełnie różne sprawy. Pomimo „napinki” godnej kibiców przed meczem „Jagi” z „Cegłą” Warszawa, walki z deszczem, śniegiem i gradem (szczęśliwie nie odnotowano w tym roku tsunami ani wybuchów okolicznych wulkanów) udało się nam pojmać tylko jednego pstrążka 38 cm.

Wiem, że staje się to już nudne, ale złowił go ponownie Marek „Generał” Kowalewski z Suwałk. Marek, litości, zacznij ty znowu pić na tych zawodach jak cała reszta zdrowego społeczeństwa, to przynajmniej szanse się wyrównają !
Przy okazji postanowiliśmy od przyszłych zawodów wprowadzić u wybranych zawodników badania antydopingowe, a w przypadku „Generała” także prenatalne, techniczne i kilka innych „mniejdokuczliwych”. Plan sobotniego wieczoru był tak napięty, że aż nie udało się go nam w całości zrealizować.
Wprawdzie kilka osób poważnie podeszło do prośby Organizotorów o pozbieranie śmieci z brzegów naszej ukochanej Czarnej Hańczy, ale trzeba przyznać, że 5 worów na niemal 30 osób szału radości u Prezesa nie wywołało.

Gdy już śmieciuszki pojechały sobie do Nadleśnictwa Głęboki Bród (dzięki za pomoc!), a nasze brzuszki napełnił przepyszny obiadek (dzięki Michał!), tradycyjnie haratnęliśmy w gałę. Tym razem obyło się bez ofiar, a obie drużyny plus kibice (i kibicki 😀 ) spotkali się po meczychu w saunie na brzegu Czarnej Hańczy. Tak zastał nas zmierzch, przez co nie dane nam było wyłonić zwycięzcy tradycyjnych zawodów rzutowych. Kolacja, ognisko i wreszcie złożyliśmy nasze „zmęczone” głowy w śpiworach. A spało nam się tak dobrze, a deszcz tak nastrojowo walił w dachy domków, a wiatr huczał w domkach, że niewielu z nas stanęło rano w szranki z Czarną Hańczą. Efekt łatwy do przewidzenia –  zero. Czyli ponownie zwycięzcą okazał się … sami wiecie kto.

Garść informacji i przemyśleń tytułem podsumowania się należy. We Frąckach pojawiło się około 30 osób, co zważywszy na słynącą z „rybności” rzekę jest całkiem fajną frekwencją. Byli nasi niezawodni Przyjaciele z Wilna, Romek z Małgorzatą, było kilka „białogłów”, odwiedził nas też były Prezes AKW „Skish”, Andrzej „Dyzio” Demianowicz. Aż strach pomyśleć co będzie gdy spełnią się kasandryczne przepowiednie naszego nieomylnego przecież ichtiologa Pula, że wkrótce w Czarnej Hańczy pojawi się kolejny już pstrąg potokowy! Przecież trzeba będzie wprowadzić u miejscowego chłopstwa obowiązek aprowizacji uczestników imprezy, jak za Niemca!

Organizacja imprezy jak zawsze na najwyższym poziomie z wyjątkiem wspomnianej „lekkiej wtopy” ze sprzątaniem śmieci. Coś musimy z tym fantem w przyszłym roku zrobić. Nie wiem jak robi to nasz nowy Gospodarz (Gospodarz Stanicy), ale chyba bardzo nas lubi, bo żarcie zaoferowane przez Niego w ramach niewygórowanej opłaty startowej zostawiło w pobitym polu kilka knajp po rewolucjach Magdy Gessler.

Kolejnym nadprzyrodzonym zjawiskiem był nagły wzrost liczebności członków naszego klubu. Jako osobnik światowy i ogólnie wykształcony, Prezes wyliczył, że w przybliżeniu o 10%! Nawet „Wiadomości” na TVP1 takiej propagandy sukcesu nie sączą, no nie ;-)?! A już najlepsze jest to, że w nasze szeregi wstąpił Grześ „Łowca jeleni”, który poniewierał się wraz z nami na wędkarskich ścieżkach przez co najmniej kilkanaście lat! To się nazywa „świadome podejmowanie decyzji”! Czego sobie i Państwu życzę.

Do zobaczenia we Frąckach za rok!

XXXVIII „Pstrąg Hańczy” im. Krzysztofa Szerszenowicza

W tym roku, podobnie jak to ma miejsce od … wielu, wielu lat spotkaliśmy się w piękny kwietniowy wieczór w Stanicy Wodnej PTTK we Frąckach nad Czarną Hańczą aby rozegrać te chyba najstarsze w Polsce towarzyskie zawody pstrągowe. Ubiegłe lata jakoś niespecjalnie nas rozpieszczały jeśli idzie o złowione ryby, więc nic dziwnego, że tym razem sala Stanicy podczas uroczystej kolacji nie pękała w szwach.  Na frekwencję wpływ miał zapewne też fakt, iż tydzień wcześniej mieliśmy „Mistrzostwa Salmo Clubu w Wiązaniu Sztucznych Much”. Niemniej na starcie stawiło się nas coś około 20-tu. Ale nie o ilość a o jakość przecież chodzi! Zwłaszcza, że oprócz tradycyjnej już ekipy muszkarzy z Białegostoku i Suwałk, zaszczycili nas też swoją obecnością Panowie z Wiżajn (czyli tak serio, to zaprzyjaźniona ekipa firmy „Vision” – Mistrz Adam Sikora, Krzysiek „Arvin” Więcław i Piotrek Grybej). Ale o tym później…

Poranna, sobotnie tura odbyła się. Chyba… Nie, no odbyła się z pewnością, bo zgłoszona została do Komisji Sędziowskiej jedna rybka. Szczęśliwym jej łowcą okazał się Tomcio „Squrek” Surski, a zwierzę miało 43 cm i połakomiło się na streamera. Tura została mocno okrojona w czasie ze względu na wizytę naszych Gości, którzy jeszcze tego samego dnia musieli dotrzeć w okolice Trójmiasta.

Po obiadku mieliśmy baaardzo napięty i atrakcyjny program. Zaczęło się od „Vision Casting Day”, podczas którego mogliśmy sobie do woli porzucać najlepszym sprzętem „Vision’a” i obserwować w akcji prawdziwych Mistrzów! Ci którzy byli, wiedzą o czym piszę (prawda Artur?), a Ci których zabrakło niech sobie plują w brodę! Rzadko się trafia sposobność odbyć trening rzutowy pod okiem wielokrotnego Mistrza Świata w Wędkarstwie Muchowym, więc jak już coś takiego udało się zaaranżować, to postanowiliśmy to wykorzystać do maksimum.

Nie oznacza to, że zrezygnowaliśmy z pozostałych tradycyjnych wieczornych punktów programu. Gdy pomachaliśmy już białymi chusteczkami „Chłopcom z Wiżajn”. Rozpoczęły się zawody rzutowe. Ty razem wygrał je ten Osobnik, który w ostatnich latach zwyciężał w klasyfikacji wędkarskiej, czyli „Generalissimus” ☺. Widać spadeczek formy…

Następnie w powietrzu fruwały kawałki trawy, patyki, bardzo małe kamienie i kawałki kości. Czyli „fuuuuutbolllll”!!!! Ciężko mi jest (jako, że po kontuzji sprzed 2 lat nie uczestniczę w realizacji tej części projektu) napisać kto wygrał. Pewnie, ci którzy więcej zapłacili sędziemu. Wiem tylko tyle, że walka była zacięta a VAR wykorzystywany był wielokrotnie.

Czym była by Czarna Hańcza bez bani? Pewnie Czarną Hańczą bez bani… Ale w tym roku ponownie byłą z banią ☺. I z ogniskiem do wczesnych godzin porannych. 

Tak więc rano nad rzeką tłoczno nie było. Nie powiem, że nikogo nie spotkałem, bo spotkałem liczne grono tych, którym „stan umysłu” nie pozwalał na jazdę samochodem. Pomimo to najpierw jakieś podłe pstrążystko wykorzystało mój „brak koncentracji” i popłynęło w siną dal ze streameram, a potem wyrwałem z „zaprzyjaźnionego” miejsca rybkę 38 cm. Jeszcze „Marek „Kwadracik” wyłowił potokowca na 36 cm i w ten sposób skompletowaliśmy „pudło”. Nie znaczy to, że pozostali z nas nie mieli kontaktu z pstrągami. Mieli. I to napawa delikatnym optymizmem. 

Reasumując:

I miejsce i tytuł Mistrza AKW „Skish” w Wędkarstwie Muchowym – Tomek „Sqra” Skurski

II miejsce i brak jakiegokolwiek tytułu – Przemek „Lisu” Lisowski

III miejsce i jeszcze większy brak jakiegokolwiek tytułu – Marek „Kwadracik” Makiełkowski

A zawody rzutowe wygrał Marek „Generał” Kowalewski

 

Do zobaczenia nad Czarną Hańczą za rok. A wcześniej zapraszam Wszystkich na inne zawody organizowane przez „Salmo Club” w Białymstoku. Najbliższe to „Jętka 2018”

XXXIX „Pstrąg Hańczy” – Memoriał im. Krzysztofa Szerszenowicza

Wzorem ubiegłych lat liczne grono miłośników Czarnej Hańczy spotkało się w ostatni weekend kwietnia (26-28.04.br.) w Stanicy Wodnej PTTK we Frąckach, aby rozegrać najstarsze klubowe zawody pstrągowe w kraju. Szczególny charakter imprezy wynikał z faktu, iż już za rok będziemy mieli czterdziestą edycję „Pstrąga Hańczy” Była to więc ostatnia impreza z „3-ką” z przodu. Podczas „Pstrąga Hańczy” świętowane były też 50-te urodziny Prezesa „Salmo Clubu” w Białymstoku ☺! Do celebry dołączył także nasz Kolega z Kłodzka, Marek „Koshmarek” Terlecki. O działo się, działo… Prezes został hojnie obdarowany przez Klubowiczów i zaproszonych Gości (np. żywa kura), podobnie jak i „Koshmarek”, który otrzymał lustro… A tak naprawdę to był to obraz przedstawiający Jego koszmarne oblicze… Zabawa urodzinowa zdawała się nie mieć końca, co spowodowało, iż nikt w sobotni poranek nie pofatygował się nad wodę…

Całe szczęście, że tego dnia zaplanowaliśmy powtórkę z zeszłorocznego „Vision Casting Day”, a głównymi zawiadującymi byli Krzyś Więcław i Piotrek Gybej. Kto nie był to nie uwierzy jakie rzeczy można zrobić ze sznurem muchowym… Rzucaliśmy „wędkami muchowymi” z takim zapałem, że jedną z nich znaleziono dopiero następnego dnia, już po wyjeździe naszych sympatycznych Gości z Krakowa. Gwoli kronikarskiego obowiązku dodam jedynie, że konkurs rzutów wygrał Zdziś „Skruśdzida” Tałałaj. Wygrał wędkę. Nie, nie tą zagubioną. Inną, którą zaraz … zgubił ☺! 

Wieczorem oddaliśmy się naszej ulubionej rozrywce, czyli relaksowi w „bani” nad brzegiem Czarnej Hańczy. Głównymi atrakcjami wieczoru była niewątpliwie konsumpcja jakiegoś zgniłego szwedzkiego śledzia w puszce, którego dostałem w prezencie od „Koshmarnego” (swoja drogą bieda w tej Kotlinie, że w prezencie zepsute ryby muszą dawać 😉 ), oraz mój skok do rzeki… bez rzeki! Chciałem uczcić 50-tkę czymś spektakularnym i prawie mi się udało… 

W niedzielę rano wreszcie kilu z nas nie wytrzymało i postanowiło udać się na ryby. I mieli rację! Poranna tura przyniosła aż dwa złowione pstrągi, ale zważywszy, że łowców było aż … czterech (!!!) to chyba nie jest najgorszy wynik. Pozostali wędkujący, także zresztą mieli kontakty z pstrągami. Zwycięzcą ostatniego „Pstrąga Hańczy” z „3-ką z przodu” i Mistrzem AKW „Skish” w Wędkarstwie Muchowym na rok 2019 został Filip Milewski z „Salmo Clubu” w Białymstoku, a drugi był Karol „Żubrzyk” Lisowski, prywatnie syn autora. Brawo Panowie!

Na koniec bardzo, ale to bardzo chciałbym podziękować tym wszystkim którzy pomogli mi obejść tak spektakularne 50-te urodziny (moje i „koshmarne”), czyli Uczestnikom w liczbie coś ponad 30-tu! Wielkie dzięki sponsorom, czyli ZO PZW w Białymstoku, „Salmo Clubowi” w Białymstoku, naszej ukochanej firmie „Vision” i wreszcie Obsłudze Stanicy Wodnej PTTK we Frąckach! 

Relacje weteranów imprezy 🙂

Nie są już młodzi i nie każdemu dopisuje pamięć, ale pewnych rzeczy się nigdy się nie zapomina — taki właśnie jest Memoriał im, Krzysztofa Szerszenowicza — przeczytaj weteranów poprzednich edycji, może kiedyś ujrzysz tutaj swoją.

W ten pamiętny wiosenny poranek przywitała nas tam ... cisza!

Nie pamiętam, który to by mógł być rok.  Zapewne pierwsza połowa lat 80-tych … ubiegłego wieku. No tak, bo obecny wiek lat 80-tych jeszcze nie „dożył”, a zważywszy na dość intensywny jego początek, to naprawdę mam wątpliwości jak świat za te 60 lat będzie funkcjonować…

W pewien wiosenny piątkowy wieczór, powiedzmy 1983 roku wsiedliśmy z moim Kolegą Bodziem do pociągu relacji Białystok -Suwałki. Gdzieś koło północy „dotelepaliśmy się” osobówką do Augustowa, gdzie wysiedliśmy na bezludnej stacyjce pośród Puszczy Augustowskiej. Kilka dalszych upojnych godzin spędziliśmy w walącej moczem poczekalni, by nad ranem „z buta” wyruszyć w kilkukilometrowy marsz w stronę centrum miasta. Tam bowiem znajdował się i dalej zresztą znajduje dworzec PKS. Stamtąd o bodaj 6-tej rano startował pierwszy autobus do Sejn. Z przystankiem we … Frąckach. Tak więc po bagatela około 12-tu godzinach podróży pierwszy raz stanęliśmy z Bodziem nad brzegiem Czarnej Hańczy.

Jeszcze tylko półgodzinny spacerek przez uśpioną wieś, a potem przez małe laski i znaleźliśmy się w stanicy wodnej we Frąckach, gdzie odbywała się jedna z pierwszych edycji zawodów „Pstrąg Hańczy” organizowanych przez Akademickie Koło Wędkarskie „Skish” z Białegostoku. O imprezie dowiedziałem się rok wcześniej podczas walnego zebrania Koła na Politechnice Białostockiej. Pstrągi łowiłem już od kilku ładnych lat, więc z miejsca zapałałem nieodpartą żądzą wzięcia udziału w tym wydarzeniu. I oto moje marzenia się materializowały :-)! Mój nieodłączny Druh towarzyszący mi podczas ówczesnych wypraw wędkarskich, sąsiad z bloku Bodzio, początkowo nie był zbyt entuzjastycznie nastawiony do tej „wielkiej pstrągowej włóczęgi”. Szczęśliwie jakoś udało mi się Go przekonać.

Ale wracajmy do bazy we Frąckach. W ten pamiętny wiosenny poranek przywitała nas tam … cisza! Jedynie na środku placu pomiędzy równiutkimi szeregami „ekskluzywnych” domków siedział sobie beztroski szaraczek. Bohaterowie piątkowych „zmagań” byli najwyraźniej zmęczeni…;-)

Nie pamiętam po jakim czasie pojawili się pierwsi z nich, ze zdumieniem postrzegając dwie nowe, niewielkie postacie z wielkimi plecakami i wędkami w dłoniach. Niestety, ale wszystko co było potrzebne na AŻ 2-dniową wyprawę wędkarską trzeba było przytargać ze sobą na grzbietach.  Sklep we Frąckach oczywiście w tych czasach był, ale nic w nim do kupienia nie było…;-).

Po zakwaterowaniu w domku ruszyliśmy nad wodę. Wtedy wydawało się nam, że zeszliśmy gdzieś hen hen w dół rzeki. Teraz, z perspektywy czasu wiem, że dotarliśmy co najwyżej do miejsca zwanego obecnie „Adamowymi Łączkami”. Pewnie myślicie, że „naebaliśmy” z miejsca „rybów” do oporu. Otóż nie! Czarna Hańcza wydała nam się rzeką ogromną. Nasze pstrągowe doświadczenia ograniczały się bowiem do białostockich rzeczek takich jak Płoska, Czarna, czy Łosośna. A to był niemal „ocean” wody! Gdzie rzucać, jak prowadzić blaszkę? O sztucznej muszce słyszeliśmy od starszych Kolegów z AKW „Skish”, ale i młodszych, czyli „Palucha” i „Dzidka”. Tak, tak te dwa Indywidua już wówczas próbowały na muszkę łowić! Woblery można było zaś kupić od Kolegów z Olsztyna, m.in. Piotrka Piskorskiego czy Maćka Zaworskiego, późniejszych twórców firmy „Salmo”. Chyba jeszcze kilka takich „rękodzieł” mam a swoich szpargałach…

Tak więc jak już wspomniałem, nic nie „naebaliśmy”. Podobnie zresztą jak i reszta uczestników! Nawet najmniejszego „niewymiarka”. Rozpacz! Tyle kilometrów, tyle godzin, tyle kilogramów przytarganych na plecach… Tyle wreszcie zerwanych przynęt! Bo w Czarnej Hańczy nie dało się przecież zwyczajnie wejść w woderach – biodrówkach do wody i grzebiąc nogą odhaczyć błystkę, jak to robiliśmy na dotychczas znanych nam łowiskach. Dramat! No nic to, przecież jest jeszcze wieczorna „szychta”. Swoją drogą, to miał wówczas młody człowiek zdrowie i zacięcie! Nikt nas przecież do tych Frącek nie przywiózł, a my wędkowaliśmy cały boży dzień po bezsennej nocy spędzonej w podróży!

Tak więc po krótkim odpoczynku na domkowych „kozetkach” pognaliśmy jeszcze dalej w dół rzeki. Swoją drogą ciekawa sprawa, że w tych czasach prawie nikt nie zapuszczał się na odcinek Czarnej Hańczy powyżej bazy. Że o jakichś tam Tartaczyskach, Sernetkach czy inszym Wysokim Moście nawet nie wspomnę!

Bodzio szedł pierwszy, a ja „poprawiałem” po Nim rzekę w odległości kilkuset metrów. Bryndza. Zero. Dupa blada! Nawet skubnięcia. W pewnej chwili dogoniłem Kolegę siedzącego bezradnie na brzegu przy skarpie poniżej „Bazy Architektów”. Był wyraźnie załamany. Padło tradycyjne „było trzeba na Łosośną pojechać”. A no było trzeba. Mądry Polak i Bodzio po szkodzie. Chcąc jednak jakoś wlać odrobinę entuzjazmu w bodkowe serducho skłamałem ordynarnie, iż ja już chyba z dziesięć krótkich rybek przerzuciłem i może On zwyczajnie coś źle robi? Odwróciłem się w stronę rzeki i oddałem rzut obrotówką pod zwalone drzewa w jej nurcie. Kilka ruchów korbką i łuup! Na kotwiczce zameldował się niespełna 30-centymetrowy pstrążek! Jeszcze nie otrząsnęliśmy się ze zdziwienia (moje było przykryte pod kamienną twarzą i stwierdzeniem „a nie mówiłem?”), gdy przy kolejnym rzucie wyciągnąłem 2-gą rybkę! Dwa pstrążki w 2-ch rzutach po wielu godzinach bezowocnego okładania wody…

Podziałało to na nas  jak wysoko oktanowe paliwo wlane do baku! Ze strojoną już chyba energią zabraliśmy się do opierniczanie blachami wszystkich możliwych miejsc, aż woda się w rzece gotowała. Gdy byliśmy już naprawdę blisko stanicy, gdzieś koło łaczki na której znajduje się obecnie sauna, rzuciłem pod prąd blaszkę pomalowaną (własnoręcznie!!!) na niebiesko z dużymi żółtymi kropkami na paletce. Taką imitację Mepsa Long, jeśli ktoś jeszcze pamięta…;-)? Oczywiście w rynnie nad którą przed chwilą przetuptał Bodek, nastąpiło zdrowe „pierdyknięcie” i po krótkim, siłowym holu na brzegu znalazła się ryba długości około 37-miu centymetrów. O ile dobrze pamiętam… Mój pierwszy miarowy pstrąg z Czarnej Hańczy! I jedyny złowiony tego dnia na zawodach! Duma rozpierała mnie straszna.

I nic to, że kolejnego dnia padło kilka większych ryb. My już tego nawet nie byliśmy świadkami, bo musieliśmy ewakuować się do domu stosunkowo wcześnie rano. Kolejne godziny w podróży dla jednej złowionej rybki… Ale opłacało się! Bo pewnych rzeczy nie da się przeliczyć na czas, pieniądze, wysiłek i trud.

Od tamtej pory mięło około 40 lat. Z Czarnej Hańczy wyciągnąłem setki pstrągów. Początkowo na spinning, potem na sztuczną muchę. Tu zresztą złowiłem swoją pierwszą rybę tą metodą – ale to temat na inne opowiadanie. Choć rzeka jeszcze (mam taką nadzieję) nie obdarowała mnie jakąś spektakularną rybą, to pozostaję jej wiernym „wyznawcą”. Przecież trzeba „życiówce” dać szansę!  Niemniej właśnie tamten pierwszy „potokowiec” tkwi w mojej głowie jak drzazga pod paznokciem – nie daje o sobie zapomnieć, nie daje zapomnieć o rzece….

Jechaliśmy pociągiem, następnie pociągiem a później PKS-em

„Pstrąg Hańczy” i oczywiście jednocześnie Mistrzostwa AKW Skish w Wędkarstwie Muchowym – pierwszy raz …, kiedy to było niech pomyślę… W moim przypadku nie jest to trudne bo to mój pierwszy sezon z wędką muchową w ręce, pierwszy wyjazd na pstrągi (w ogóle na ryby łososiowate),  pierwsze zawody muchowe, nie mówiąc o tym że to też mój pierwszy raz nad Czarną Hańczą – to raczej oczywiste. A wszystko to zaczęło się w roku 1993.

Dziwna sprawa, człowiek który mieszkał nad Sanem od dzieciństwa (dosłownie jakieś 150 metrów od rzeki) zaczyna swoją przygodę z wędkarstwem muchowym na drugim końcu Polski. Wszystko to za sprawą śp. Piotrka Zajączkowskiego z Przemyśla zwanego potocznie „Zajączkiem, Zającem czy też w wąskim gronie Taboretem J”. To On zaszczepił we mnie wędkarstwo muchowe i to On właśnie za sprawą przyjaciół z Białegostoku i nie tylko namówił na wyjazd na „Pstrąga Hańczy” a że Piotrek fantazję miał wielką to oczywiście mieliśmy tam nałowić jak g….. (takie znane powiedzonko dla wtajemniczonych) wielkich Pstrągów itd. Wspominał też o wyjątkowych ludziach i w ogóle wyjątkowym klimacie, który panuje na „Pstrągu Hańczy”. Oczywiście jechaliśmy pociągiem, następnie pociągiem a później PKS-em a jeszcze później na piechotę i tak po całej wieczności byliśmy na miejscu – baza Frącki. Co ciekawe byliśmy pierwsi więc jak się ekipa zaczęła zbierać to myśmy się już zadomowili, zaprzyjaźnili z miejscową przyrodą, bobrami, minogami i małym co nieco …J.

Całe spotkanie wspominam wyjątkowo a w szczególności wieczorne ognisko, które niektórym przedłużyło się do rana – późnego rana J. Poznałem mnóstwo nowych, ciekawych ludzi z pasją z którymi utrzymuję kontakty do dzisiaj, również poznałem tam też śp. Karola Zacharczyka (… kurcze, za dużo tych śp. w tym tekście). Rybki dopisały choć nie tak duże i nie tak dużo jak to mieliśmy obiecane – no ale jak to mówią: nikt ci tyle nie da co Piotrek obieca. Cała Impreza prze duże „I” zorganizowana perfekcyjnie a klimat o którym wspominał Piotrek …. no cóż jak ktoś nie był to niech pojedzie chociaż raz, bo opisać się tego nie da. Mnie osobiście to spotkanie ukierunkowało trochę w późniejszym postrzeganiu wędkarstwa muchowego. Na samym początku próbowałem swoich sił w sporcie (ciekawe i godne polecenia doświadczenie, szczególnie dla początkujących adeptów – zawody uczą myśleć, kombinować i można się dużo nauczyć) to mimo wszystko dość szybko porzuciłem zawody sportowe na rzecz zawodów towarzyskich z naciskiem na „towarzyskie J”. Szkoda czasu żeby całe życie gonić króliczka….

Czarna Hańcza to kawał mojego życia. To historie z ludźmi, przyrodą i pstrągami.

Czarna Hańcza to kawał mojego życia. To historie z ludźmi, przyrodą i pstrągami. To hasło, które wpędza mnie w zadumę wspomnień, ale jednocześnie powoduje uśmiech na twarzy. Hańcza to dla mnie zawsze i bezapelacyjnie ekipa pozytywnie zakręconych wariatów, których zacne grono zapewne czyta ten tekst, ale też wspomnienie o tych wspaniałych i nie odżałowanych kompanach, których już z nami nie ma. Hańcza to pstrągi, które „tymi ręcyma” do niej wpuszczałem i „tymi ręcyma” z niej wykradałem metodą na nimfkę, streamera czy woblerka. Hańcza to moc niezapomnianych przygód, które zapisały się w pamięci na całe życie. I gdy zadzwonił do mnie Lisu rzucając hasło: „Eeee Hołownia napisz coś o Hańczy, bo szykuje się 40-lecie imprezy” – wspomnienia ożyły. I jednym z pierwszych hańczańskich zapisków pamięci, jakie zaświtały mi wtedy w głowie było – tiu tiu tiu tiu😊 Niezły odlot pomyśli każdy kto nie wie w czym rzecz. Postuka się przy tym w głowę w geście, że oto mamy do czynienia z niezłym wariatem. Oczyma wyobraźni widzę Goryla mówiącego – Tiu, tiu, tiu, tiu tylko debil mógł coś takiego wymyśleć!!! Ale do rzeczy…

Pstrąg Hańczy AD 2003. Tradycyjnie baza we Frąckach, ognisko i koło fortuny. Na zagrychę, kiełbasa z patyka. Same pyszności i wyborne trunki. Do tego niepowtarzalna atmosfera okraszona salwami gromkiego śmiechu i wybornego humoru. Jednym słowem wszystkie gęby zadowolone. I gdyby przy 25 obrocie koła nie Kardaszowo-Tatowe hasło: „Hołownia jedziesz czy zapierdalasz na piechotę do Dworczyska”, pewnie bym starym, hańczańskim zwyczajem kręcił z chłopakami tym kołem na maksa, przy okazji dopatrując czy Paluch nie próbuje spalić kolejnego PTTK-owkiego reliktu tego świętego miejsca. Ale kwaterka tym razem na Dworczysku, a i chęć wczesnego wstania też jeszcze wówczas iskrzyła się we mnie, co by zmierzyć się z kilkoma namierzonymi wcześniej kropkowańcami. No i ta nasza specyficzna, salmo klubowa rywalizacja, którą niegdyś Zdzisio określił krótko – „Dwóch na wodzie to zawody, trzech to już olimpiada!!!” A tu ze dwudziestu chłopa, w tym dwa Krzyśki. Wiedziałem, że te zakapiory nie odpuszczą. Szerszun i Wyszun wystartują nad wodę godzinę przez wschodem słońca, żeby godzinę po obłowić po 20 zakrętów w prawo i w lewo, w górę i w dół rzeki. I chociaż, jeszcze późnym wieczorem gotowość do rywalizacji była, to niestety pobudkę z lekko ciężkawą głową zaliczyłem dopiero ok. 6.00. Na wodę ruszyłem zatem przy pełnym słońcu. Najpierw Selwocka-Holewicka, słynna prostka niedaleko Dworczyska. Rybka jest na braniu. Targam pstrucha na 38 cm. Ale ten grubas, z którym miałem spotkanie dwa tygodnie wcześniej – utonął. Ni ma Panie, chimia wytruła! Zmieniam miejsce. Jadę na las w dół rzeki, trochę tak bez koncepcji, gdzie by puścić jeszcze trójkę RT. Trochę na nosa, trochę z wyboru możliwości dojazdu moją ala terenówką typu Deawoo Matiz dojeżdżam do rzeki, gdzie jest kilka charakterystycznych hańczańskich serpentynek. Znajduję dobre miejsce do zaparkowania i ruszam nad wodę w bojowym nastroju. Słonko lekko za chmurkami, ciepło, majowo. Na szczycie pętli za zatopionym w nurcie rzeki drzewem mam delikatne tyknięcie, które zbyt późno zacinam. Ładny pstrąg ok. 45 cm po dwóch, trzech targnięciach chowa się niestety w swojej kryjówce i tyle go widzę. Szkoda, była szansa na poprawę wyniku, ale jak mówi stara szkoła – „Machaj wędą riby będą”. Przechodzę kilkanaście kroków w dół. Rzeka w tym miejscu wychodzi już z zakrętu, zaś po drugiej jej stronie nurt wbija się w korzenie olszyn, ryjąc tam głęboką rynnę. Jestem na lewym brzegu rzeki i wewnętrznej stronie pętli, co sprawia, że trudno jest obłowić to miejsce. Trzeba rzucić bardzo precyzyjnie i płasko pod zwisy gałęzi olszyn. Ponadto nurt dość szybko zabiera rapalkę spod olszyn i zgania ją ku środkowi rzeki pod mój brzeg, gdzie cofająca się woda wybiła dodatkowo niezły dołek. Już przy drugim lub trzecim rzucie wiem, że gdy wobler mija środek rzeki i podchodzi pod mój brzeg, muszę go szybciej podprowadzić wyżej, pod powierzchnię wody, aby nie zaczepić o wodorosty ciągnące się wzdłuż brzegu. I właśnie wtedy czuję identycznego pyka, jak przed chwilą, gdy straciłem pstrąga. Tym razem reakcja była w tempo, hamulec kołowrotka sympatycznie zagrał, a szczytówka wędki rytmicznie ugięła się pod miłym ciężarem. W pierwszym momencie pomyślałem (z lekkim przerażeniem), że to zębaty, ponieważ przeciwnik z drugiej strony nie wykazywał pstrągowego animuszu. Trzymał się środka rzeki jakby przyssany do dna i nie ukazywał swego lica. Ale po chwili nie miałem już wątpliwości, że mierzę się z pięknym okazem salmo trutta. Odszedł raz czy dwa pod drugi brzeg i dodatkowo pociągnął pod prąd. Pół minuty później miałem już go przy brzegu i po udanym lądowaniu gęba śmiała mi się od ucha do ucha. Pstrąg był i DUŻY i po prostu PIĘKNY!!! Nawet teraz opisując tę przygodę z perspektywy lat, nie ma wątpliwości, że był to mój najpiękniejszy złowiony pstrąg potokowy w życiu. Pamiętam też, że z rozpierającej mnie wówczas radości o mały włos nie nadepnąłem na szczytówkę DiaFlesza, odrzuconego na ziemię po wylądowaniu ryby. Opanowawszy jednak emocje, z całą, chwała Bogu, wędką i blisko 2 kg pstrągiem biegłem do samochodu. Radio na maksa i cheja w kierunku Dworczyska. Gdy podjechałem pod dom Andrzeja jeszcze nie wiedziałem czy kogoś w nim zastanę. Ale drzwi otwarte. W chałupie jest Paweł Żółtański. Jego mina gdy zobaczył pstrąga – bezcenna. Kilka fotek przed chałupą i szybkich lufek w chałupie, chowamy pstrąga do komórki i pakujemy się w mojego Matiza. Jedziemy. No właśnie gdzie – na tiu tiu tiu tiu. W całej bowiem euforii tego majowego poranka nie byłem w stanie dokładnie opisać Pawłowi gdzie ta moja przygoda miała miejsce i jadąc leśnymi duktami przy każdym skręcie powtarzałem mu tylko – tiu tiu tiu tiu😊 Miejscówka po wsze czasy została zatem ochrzczona słynnym „tiu, tiu, tiu, tiu”, a Paweł pomimo, że wskazałem mu wówczas bardzo dokładnie miejsce bytowania bitnego 40-taka, równie pięknie i dokładnie go spier….tiu, tiu, tiu, tiu.

Puentą tej opowieści jest zaś fakt – warty bezwzględnego podkreślenia – że w historii Pstrąga Hańczy, były to jedyne zawody, podczas których na pudle wylądowały trzy pstrągi powyżej 50 cm. Krzyśki, jak przypuszczałem, nie zawiodły. Krzyś Wyszyński ułowił (o ile dobrze pamiętam) pięćdziesiątkę jedynkę, Krzysio Szerszenowicz wyrwał skoro świt kropkowańca coś chyba na 53, mój zaś miał najwięcej kropek, bo 57 i to akurat bardzo dobrze pamiętam😊. Policzcie z resztą sami.

Zapewne o tym nie wiecie, ale to ja wymyśliłem wędkarstwo muchowe.

Zapewne o tym nie wiecie, ale to ja wymyśliłem wędkarstwo muchowe. Byłem nad rzeką i starałem się wydumać jak złowić uklejki żerujące na powierzchni wody Narwi. Próbowałem zestawu spławikowego bez ciężarków, żeby jako tako móc rzucić, a haczyk – żeby nie tonął. Na malutkim haczyku umieszczałem komarnicę, bo była duża, z daleka ją było nieźle widać, a i uklejki ją lubiły. Komarnice się jednak ciężko łapało i były miękkie, przez co spadały z haczyka niemal co rzut. Kombinowałem więc, czym można by ją było zastąpić. Pojawiło się piórko i sierść kundla Snoopiego. Później ten cholerny spławik się plątał więc kombinowałem, żeby użyć czegoś miękkiego i długiego, jakiegoś kabla czy przewodu, żeby łatwiej się prowadziło na powierzchni i się nie plątało co rzut. Nie było Internetu więc nie dało się wejść na forum poświęcone łowieniu uklei z powierzchni na górnej Narwi w lipcu po południu dnia powszedniego. Nie można było dać łapki w górę ani posłuchać z komórki o nowej wyjątkowej rzeczy. Chcąc nie chcąc, wymyśliłem więc to cholerne muszkarstwo. Inaczej się nie dało. Podobnie wymyśliłem inne rzeczy. Ot choćby takie nowoczesne urządzenie geodezyjne. Przyjmijmy – w skrócie – NUG. Niwelator zna każdy – luneta umieszczona poziomo, z „krzyżykiem” w środku, umożliwiająca prowadzenie optycznych pomiarów wysokościowych. Ja też znałem niwelator. Ale – pomyślałem – byłoby lepiej, gdyby on się obracał też pionowo, a nie tylko poziomo. Wtedy mierzyłby również różnicę wysokości. Dalej — wymyśliłem Red taga, bo miałem tylko pióro pawia z cepelii i brązową padłą kurę wujka, którą wraz z bratem ekshumowaliśmy w celu pozyskania doskonałego materiału na jeżynki do much. Pod Białymstokiem. Ze względu jednak na to, że w swoim życiu spotkałem wiele silnych charakterów, nie zrobiły na mnie wrażenia zdarzenia, które nastąpiły później. Otóż okazało się, że moje muszkarstwo już wcześniej ktoś wymyślił i całkiem nieźle rozwinął (w Białymstoku w Antykwariacie kupiłem „Wędkarstwo Muchowe” Józka Jeleńskiego), urządzenie NUG to szeroko znany i stosowany tachimetr, a Red tag figuruje w licznych encyklopediach, wymyślony w którymś tam wieku przed naszą erą. Pogodziłem się z tym.

Krzysiek był inny. Krzysiek wymyślał rzeczy, których nikt nigdy wcześniej nie wymyślił. I – między innymi — to go ode mnie odróżniało. Mieliśmy też wiele cech wspólnych. Mnie się zdawało, że patrzenie na coś inaczej niż inni jest skazane na porażkę, a Krzysiek – „Szerszeń” – właśnie na innym spojrzeniu opierał całą swą wędkarską ideologię. O Krzyśku przeczytałem jeszcze zanim poznałem Lisa. Prenumerowałem „Wiadomości Wędkarskie” w kiosku na naszym osiedlu. Jak zbliżał się termin „nadejścia” nowego numeru to wypytywałem panią w kiosku czy już jest. A jak już nowy numer był, to czytałem całość. Nawet największe bzdety o rybach gigantach (pamiętacie tabelę rekordów?) oraz bardziej interesujące kawałki o wędkarskiej kuchni i przygodach. Dział oznaczony fioletowym paskiem na górnej części stronicy poświęcony wędkarstwu muchowemu zostawiałem na sam koniec. Był najlepszy. No, zaglądałem tam może ukradkiem, żeby sprawdzić po drodze, o czym będzie. A później czytałem. Wieczorem, gdy już wszystkie prace domowe miałem zrobione, a fortepian pograny. Uczucie, które zapamiętam do końca życia, poczułem wtedy, gdy czytałem sprawozdanie z „Lipienia Popradu”, kiedy najdłuższą rybę złowił Krzysztof Szerszenowicz. Z Bia-łe-go-sto-ku! Czyli są! W moim mieście! Wędkarze łowiący metodą, którą wymyśliłem ja! Szczegół, że wtórnie.

Szerszeń łowił zawsze inaczej. Idź tam, gdzie ktoś inny nie wszedł. Zobacz, tu wszyscy łowili, a tam nikt nie zajrzał. Tam są krzaki więc pewnie nikomu się nie chciało tam leźć. Tam idź!  Każdy właził za kamień, a Krzysiek szedł przed kamień. Każdy łowił rano, a Krzysiek łowił cały dzień. My na nimfę, a Krzysiek na mokrą. My na mokrą – Krzysiek na suchą. My na Czarnej Hańczy, On gdzieś też, ale nie wiadomo do końca gdzie i dlaczego akurat tak nisko. Lub tak wysoko. Bez znaczenia, czy to Krzyśkowe łowienie działało, czy nie. Szerszeń zawsze był wierny pewnemu planowi. Robicie muchy? Na pewno z dumą pokazujecie pudełka pełne pięknych much powielonych w kilkunastu wagach, rozmiarach i odcieniach Crystal Flasha. Krzysiek – nie. Śmieliśmy się, że jak robił muchy to zawsze musiał mieć otwarte pudełko z muchami. Po co – zapytacie? Ano po to, aby nie zrobić przypadkiem dwóch takich samych! Przynajmniej tak to sobie do dzisiaj tłumaczymy.

Czarna Hańcza wiąże się z Krzysztofem szczególnie. Łowiliśmy tam wiele razy, ale dwie wyprawy utkwiły mi szczególnie w pamięci. Pierwsza z nich – łowienie na „krótkiego streamera”. I to nie, że jak na nimfę, ale streamerem, w poprzek, specyficznie. Wymyślił Krzysiek i mi narzucił tego dnia, że łowimy tylko sznurem długości wędki, trochę jak na mokrą muchę, ale było to nasze łowienie zupełnie do niczego niepodobne. Rzucaliśmy i tak wyciągaliśmy te muchy z wody. Bum! Ryba. Bum! Druga! I u mnie! Kurde. Rzeczywiście. Jak tego pstrąga podchodzić tak z boku i cichutko, to można go całkiem blisko podejść. Doszliśmy więc i do wyspy z drzewem, pod którym zawsze były ryby. Skradamy się cichutko. Jest! Jeden, drugi. No i zaczep. Myślę – spalona miejscówka, bo żal muchy. Trzeba wleźć, podłubać nogą i odhaczyć. Krzysiek wymyślił coś innego. Podszedł. Ale cichutko. Stópka za stópką, kroczek za kroczkiem. Podłubał wolno butem, wyjął streamera. Wycofał się. Oczyścił go z resztek roślin. Rzucił ponownie. W to samo miejsce, gdzie przed chwilą gmerał nogą. Bum! Trzeci pstrąg. Bez sensu. Druga wyprawa – Krzysiek będzie łowił tylko na spokojnej wodzie. A ty łów gdzie chcesz – powiedział. No i poszedł. Łowił tak cały dzień. Tylko w płytkich miejscach. Nałowił płotek, okoni, leszcza, chyba nawet minoga za grzbiet. Wszystko, ale żadnego pstrąga. Ja oczywiście łowiłem pstrągi, bo łowiłem jak zawsze. A Krzysiek łowił jak wymyślił. I jak zaplanował. Nad Dunajcem kiedyś metodycznie narzucił nam Szerszeń szukanie ryby. W Gołkowicach. Kto był ten wie. I chodziliśmy – od rafy do kamienia, od bystrza do kieszonki. Cały dzień. Aż w końcu znaleźliśmy „ten kamień”. Odnosiło się wrażenie, że jak ryby nie brały tak, jak wymyślił to Szerszeń, to znaczy, że jeszcze nie dojrzały one jeszcze do Krzyśkowej ideologii.  Myślicie, że wymyśliliście metodę żyłkową? To myślcie sobie równie dobrze dalej, że to ja wymyśliłem Red taga! To Szerszeń wymyślił „żyłkę”! Szerszeń wymyślił wędkę 3,6 m. To Szerszeń wymyślił nad Czawangą, na słynnym wlewie pod mostem stał 16 godzin w jednym miejscu, bo skoro ryba idzie i do tego bierze, to po co coś zmieniać? Wszędzie jest tak samo pięknie.

Szerszeń wymyślił swój własny styl i sposób skutecznego łowienia wszystkich ryb w każdych warunkach, każdą muchową metodą. A jak już wymyślił, to szedł do przodu, bo w końcu te nowe, inne rzeczy same się nie wymyślą, a czasu coraz mniej. Tak jak i było z jego muchami – skoro jedna działa, to czas wymyślić inną i sprawdzić, czy też zadziała. A może będzie lepsza? Sam się często łapię na tym, że jak mi nie biorą to myślę, co by w tej sytuacji zrobił Krzysiek. A jak już wymyślę co by zrobił, to robię zupełnie co innego, bo on i tak był zawsze o krok… Czasami do przodu, ale czasami do boku. Równolegle. Gdzieś tam. Życzliwe i skutecznie. Czasem z niezrozumieniem, ale zawsze po przyjacielsku.

Zawody Pstrąg Hańczy im. Krzysztofa Szerszenowicza są takie, jaki był Krzysiek. Nieco szalone, ale też metodyczne. Wielowątkowe i równoległe. Spotykaliśmy się tam z Krzyśkiem przez wiele lat i uczyliśmy się warunków – ryb było czasem mniej, a czasem zupełne mało. Towarzystwo zawsze nieco równoległe, ale zawsze życzliwe, pomimo dzielących nas opinii. Powtarzające te same anegdoty, łowiące tą samą muchą w podobnych miejscach. Nie ścigające się o złote kalesony. Z perspektywy czasu myślę, że jest tak dlatego, że zdaliśmy sobie sprawę z naszej odtwórczości i schematyzmu. Mnie tam jednak z tym dobrze. Szerszeń był bowiem jednym z tych silnych charakterów, które wpłynęły na moje postrzeganie świata, zarówno w wędkarstwie jak i w codziennym pragmatyzmie i wiem, że czego byśmy nie wydumali, to Krzysiek i tak by wymyślił coś bardziej nowatorskiego i zaskakującego. Przed nami.

Zapraszamy na kolejne relacje i czekamy we Frąckach !

123movies
embedgooglemap.net